Przystanek Przyroda – autorski program prowadzony we współpracy z Radio Kraków

Co w trawie piszczy? Jak myślą zwierzęta? Dlaczego jesień jest kolorowa? Odpowiedzi możecie poznać w cyklu Przystanek Przyroda. Wioletta Gawlik, idąc tropem zwierząt, wertuje meandry życia w przyrodzie. Towarzyszą jej przy tym Edukatorzy przyrodniczy z naszego Centrum.

Historia audycji – zapraszamy do odsłuchu!

Czy w mieście jest miejsce na współistnienie ludzi i przyrody?

 

Na tak postawione pytanie jest tylko jedna odpowiedź, ponieważ bez przyrody człowiek nie może istnieć. W tkance miejskiej, na przykładzie zielonych terenów Krakowa, widoczne jest, jak wiele można dla przyrody zrobić. Jest wiele różnych możliwości, praktyki pomysłów jak zapewnić mieszkańcom miast, nie tylko dostęp do przyrody, ale także zapewnić jej dużą bioróżnorodność.

Wspomniana bioróżnorodność przez naukowców rozważana jest na trzech poziomach. Najwyższym jest zróżnicowanie całych ekosystemów, następnym zróżnicowanie

gatunków występujących np. w danym miejscu oraz poziom najniższy, czyli zróżnicowanie puli genowej w obrębie jednego gatunku. Upraszczając wszystkie one są jednakowo ważne i powiązane.

Wspomniany poziom odnosi się do tego jak dużą część przyrody obejmuje dane zagadnienie bioróżnorodności, a nie jej wagę. W miastach możemy wpływać na bioróżnorodność, czyli liczbę występujących gatunków roślin i zwierząt oraz na kondycję ich populacji, co wpływa na różnorodność puli genowej. Musimy jednak pamiętać, że dla jednych gatunków wystarczą kawalerki w postaci np. budki dla ptaków, a dla innych bardziej wymagających muszą zostać utworzone specjalne wydzielone strefy w parkach.

Można więc niejako zaprosić naturę, stwarzając jej w zieleni miejskiej jak najwięcej miejsca. Wówczas możemy się spodziewać zamierzonego wzrostu bioróżnorodności. Najlepiej będzie zilustrować to konkretnymi przykładami. Kraków jest miastem z bardzo dużą powierzchnią łąk kwietnych oraz terenów wykluczonych z koszenia.

Takie działania zapewniają parasol ochronny dla niesamowicie dużej ilości różnych organizmów od bezkręgowców, poprzez płazy, gady, ptaki, a na ssakach kończąc. Z pozoru zaniedbane wykluczone z koszenia obszary stanowią doskonałe miejsca do zimowania np. owadów. Bez nich nie może istnieć duża różnorodność życia. Są one niezwykle ważnym ogniwem łańcucha pokarmowego. Łąki kwietne zapewniają ponadto duże zróżnicowanie roślin miododajnych, które to warunkują występowanie pożywienia dla różnych gatunków pożytecznych zapylaczy. Jak pokazują badania na łące kwietnej schronienie może znaleźć około 600 różnych gatunków zwierząt a ta liczba robi wrażenie!

 

Wracając do zapylaczy wspomnieć trzeba, że w Krakowie oprócz siania łąk kwietnych założone zostały pasieki. Rozmieszczone w różnych lokalizacjach ule zwiększają populację pszczół. Jest to ważne nie tylko dla miasta, ale dla całej naszej natury. Spadek zapylaczy w przyrodzie wciąż pozostaje zagadką bez rozwiązania, stąd tak istotne są wszystkie działania mające je chronić i wspierać.

Kolejną ciekawą formą wpływającą na bioróżnorodność w miastach jest tworzenie tzw. zwierzostref. Są to specjalne wydzielone obszary np. w parkach stanowiące istne azyle dla dużej rzeszy zwierząt i roślin. W takich miejscach znajdziemy martwe drewno, które samo w sobie jest mikroekosystemem o ogromnej liczbie gatunków – od mikroorganizmów, grzybów, poprzez skorupiaki lądowe, na owadach kończąc. To wszystko to jedynie mały wycinek tego, co w takich zwierzostrefach możemy znaleźć.

W miejscach tych schronienie mają także jeże, które mogą przezimować w niezgrabionych liściach, a ptaki bardzo chętnie w tych spokojnych miejscach podejmują lęgi.

Oprócz wymienionych przykładów w Krakowie stosuje się również inne bardzo ważne praktyki wpływające na bioróżnorodność zieleni miejskiej takie jak tworzenie zielonych ekranów, zakładanie budek i karmników dla ptaków, stawianie domków dla jeży, hoteli dla owadów, nasadzenia bylin, drzew i krzewów, pielęgnacja zieleni oraz zalesianie nowych terenów. Zapewnia się w ten sposób siedliska dla rzeszy organizmów, których po prostu nie sposób wymienić. Jednocześnie podstawę powyższych działań stanowi społeczne uwrażliwianie na przyrodę oraz edukacja. Bez wsparcia mieszkańców, każde nawet najlepsze działania, nie odniosą zamierzonego rezultatu i spotkają się ze sprzeciwem.

W takim kontekście doskonale sprawdziła się realizacja projektów takich jak Parki Krakowian, ogrody społeczne czy parki kieszonkowe. Edukacyjną rolę zieleni miejskiej w Krakowie prowadzi się również w oparciu o pojawiające się coraz liczniej ścieżki przyrodnicze. Dopiero takie kompleksowe podejście do zagadnienia zwiększania bioróżnorodności w miastach wpływa pośrednio i bezpośrednio na otaczającą nas przyrodę przynosząc wymierne korzyści.

Czy komary mogą nas czegoś nauczyć o szacunku do zwierząt i zmianach klimatu?

 

W polskiej faunie owadów stwierdzono dotychczas 47 gatunków komarowatych. Przy czym dwa gatunki, komar leśny zwany doskwierzem oraz komar brzęczący, są nam blisko znane z przykrych ukłuć. Na szczęście krwiopijne są jedynie samice komarów. Krew jest im potrzebna do wytworzenia w jajnikach jaj, których samica może złożyć kilkaset (średnio 200 – 300). Bez zdobytej krwi się nie rozmnożą, a mnożą się w sprzyjających warunkach na potęgę szczególnie przy deszczowej wiośnie!

Dlaczego więc w przyrodzie występuje aż tyle komarów? Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta – po to, aby przetrwały. Owady te stanowią bardzo ważne ogniwo całego łańcucha pokarmowego. Jedna jaskółka zjada około 1 000 komarów, jeżyki według różnych szacunków od 10 000 do 20 000, a nocek rudy (nietoperz) około 2 000 komarów każdego dnia! W tym miejscu wymieniliśmy jedynie drapieżniki zjadające formy imaginalne (dorosłe), do tych liczb należałoby dodać jeszcze ilość zjadanego stadium larwalnego w wodzie przez ryby, ważki i chrząszcze. Jest jeszcze jedna cecha komarów, przez którą masowo giną. Są najzwyczajniej nieostrożne podczas swojego polowania na krew. Nie potrafią ani przechytrzyć swoich ofiar, ani szybko uciekać, bo osiągają w locie prędkość jedynie 1-2km na godzinę. W dodatku nie latają bezszelestnie – nazwa gatunku zobowiązuje. Komar brzęczący dość głośno bzyczy, więc łatwo go zlokalizować.

Komary żyją kilka tygodni. Cały cykl rozpoczyna się od złożenia przez samicę w wodzie pakietu jaj łódeczkowatego kształtu. Samica zwykle później ginie, jednak zdarzają się sytuacje, w których po kolejnym „krwiopiciu” udaje jej się złożyć jeszcze kolejną partię jaj. Larwy komarów wiodą wodny tryb życia i wyglądają niczym duże przecinki zawieszone tuż pod powierzchnią lustra wody. W tym stadium odżywiają się bakteriami, pierwotniakami, okrzemkami oraz produktami rozpadu organicznego. Przed przekształceniem w poczwarki przechodzą kilka stadiów rozwojowych. Interesującą rzeczą jest zdolność poczwarek do ruchu. Posiadają one specjalne narządy przypominające wiosło, dzięki czemu w razie zagrożenia mają możliwość zanurkowania w głąb zbiornika wodnego. Następnie z poczwarek wychodzą w pełni ukształtowane formy zwane imago. Samiec z samicą zespala się w miłosnym akcie w locie i cały cykl (po „krwiopiciu” przez samicę) się powtarza.

 

tym miejscu należy dodać, że samce są mniejsze od samic, o delikatniejszej budowie i żywią się nektarem kwiatów. Sam mechanizm kłucia można sobie zobrazować w następujący sposób. Komar to taka mała latająca strzykawka. Posiada aparat gębowy typu ssąco-kłującego, dlatego też komary nie gryzą tylko kłują. Gryzą nas inne krwiopijne owady np. meszki. Wspomniany aparat jest jakby igłą zbudowaną z dwóch osobnych rurek. Samica komara wkłuwa się najczęściej w pory skóry, gdzie najłatwiej jest jej zlokalizować nasze naczynia włosowate z krwią. W pierwszej kolejności wpuszcza ślinę, która w składzie posiada specjalne białka. Ich zadaniem jest powstrzymanie procesu krzepnięcia krwi oraz „miejscowe znieczulenie”. Drugim otworem zasysana jest krew, dzięki „pompie” umieszczonej w głowie komara. Nas, jako ludzi interesuje w tym wszystkim to, czemu miejsce ukłucia swędzi i niejednokrotnie pojawia się miejscowa opuchlizna. Cały sekret tkwi w składzie śliny komara, która z jednej strony zapobiegając krzepnięciu, wywołuje w organizmie człowieka wydzielanie histaminy. U jednych osób po 24h takie zaczerwienienie znika, u innych zaś występuje nadwrażliwość (np. u alergików) i zmiany utrzymują się bardzo długo.

Na zakończenie można zapytać, gdzie w tym wszystkim zmiany klimatyczne? Otóż sprawa jest bardzo prosta. Przy występujących naprzemiennie okresach suszy
i nagłych obfitych opadach deszczu, tworzą się rozległe zastoiska i kałuże. W miejscach tych nie ma naturalnych wrogów komarów, więc mogą się one mnożyć
w sposób niekontrolowany. Jako, że cały cykl życia tych owadów zależnie od warunków mieści się w okresie od 10 do 14 dni, łatwo sobie wyobrazić jak szybko dojdzie do pojawienia się plagi komarów. Należy jeszcze wspomnieć, że na chwilę obecną nie ma selektywnej metody chemicznej w postaci oprysków i innych insektycydów, która likwidowałaby jedynie komary. Każda chemiczna ingerencja człowieka niesie ze sobą konsekwencje w postaci usunięcia z ekosystemu innych organizmów żywych w tym i tych, które są naturalnymi wrogami komarów. Odnosząc się do tego, z jaką łatwością rozmnażają się te owady, oprysk przyniesie jedynie chwilową ulgę, by później owady te wróciły niejednokrotnie ze zdwojoną siłą.

Jak dzieci postrzegają naturę?

 

W każdym z nas istnieje głęboka potrzeba spędzania czasu w przyrodzie, wynikająca z faktu, że jesteśmy jej integralną częścią. Niezależnie od osiągniętego poziomu technologicznego, nie sposób zanegować tego stwierdzenia lub też zaproponować substytut obcowania z przyrodą. Jak pokazują badania, oderwanie człowieka od środowiska naturalnego, skutkuje syndromem deficytu natury. W tym miejscu przyda nam się dziecięca perspektywa postrzegania przyrody. Naturalny brak barier poznawczych sprawia, że nie mają one problemów z tym, aby w sposób bezpośredni doświadczać natury. Potrafią beztrosko skakać po kałużach, biegać boso po łące, zbierać patyki, zrywać kwiaty czy bez lęku brać na ręce owady. Są to aktywności ściśle związane z zaspokajaniem specyficznych potrzeb dzieci wynikających z etapu ich rozwoju. Okazuje się, że można jednocześnie wykorzystać te potrzeby ukierunkowując na poznawanie przyrody. Dziecko i ruch to przecież synonimy. Bieganie, skakanie i wspinanie można świetnie zrealizować np. w krakowskiej zieleni miejskiej, przecież jak biegać to na pachnącej łące kwietnej za kolorowymi motylami. Jeśli skakać to tylko po parkowej ścieżce wśród szeleszczących jesiennych liści, naśladując ruch żaby czy zająca. Co ze wspinaniem? Też można! Oczywiście w Lasku Wolskim wśród powalonych drzew szukając lokatorów martwego drewna. To tylko kilka przykładów, a jednak już dających pewne wyobrażenie jak łączyć edukację z zabawą w przyrodzie.

Ciekawość otaczającego świata wśród dzieci jest wręcz zdumiewająca. Idąc na łąkę zostaniemy wprost zalani różnymi pytaniami. Co tam lata? Co to za białe kropki? Dlaczego to drzewo jest takie duże? Po co ten kwiatek tak pachnie? O jaka duża ta biedronka! Równie ciekawie będzie na wycieczce do lasu. Chęć zbierania i kolekcjonowania wszystkiego, co napotkane po drodze, pozwoli dziecku w kilka chwil napełnić wszystkie kieszenie, torby i plecaki. W tym właśnie miejscu zaczyna się rola rodzica, który powinien być współtowarzyszem eksploracji. Wyobraźnia dziecka nie zna granic i nie należy jej hamować. Nawet w parku miejskim nic nie stoi na przeszkodzie, aby niczym Indiana Jones dokonywać przełomowych odkryć dotyczących np. gatunków roślin. Wiele z pozoru oczywistych rzeczy w oczach dziecka jest czymś zupełnie niezwykłym. Dzieci są bardzo spostrzegawcze np. dla nas może to być kolejna zwykła sosnowa szyszka jednak dla naszej pociechy będzie wyjątkowa, ponieważ większa i bardziej brązowa niż poprzednia. Trzeba nauczyć się na nowo odkrywać przyrodę i jej składowe, zachwycić się pięknem kwiatów i po raz kolejny wraz z dzieckiem sprawdzać napotkane „dmuchawce”, czy aby na pewno latają. W takich małych podróżach kryje się wielka moc natury, której tajemnice czekają na odkrycie.

 

Występująca po sąsiedzku różnorodna zieleń miejska to prosty sposób na zaprzyjaźnienie się z przyrodą już od początku życia dziecka. Odłóżmy zupełnie na bok skomplikowane wyliczenia i trudne definicje encyklopedyczne, pobiegajmy częściej po łące i poskaczmy po kałużach.  Takie podejście to troska o lepszy rozwój, który w przyszłości zaprocentuje szacunkiem do całego otaczającego nas świata.

Problem oderwania dzieci od natury niestety według prognoz naukowców będzie narastać. Winna jest temu nie tylko wszechobecna elektronika i przeboćcowanie, ale także kumulacja oczekiwań, presji i natłok obowiązków pozaszkolnych. W chwili obecnej bardzo dużo jest instytucji i fundacji, które oferują szeroki wachlarz dostępnych form przebywania w naturze dobranych odpowiednio do wieku dzieci, z których warto korzystać.

Czym się różnią zwierzęta mieszkające na wsi i w mieście?

 

Razem z nami w mieście żyje bardzo dużo zwierząt. Spotykamy je codziennie idąc do pracy, czekając na tramwaj lub spacerując po parku. Warto jednak się im bliżej przyjrzeć, ponieważ jak pokazują liczne badania, różnią się od swoich krewnych mieszkających na wsi.

Środowisko miejskie kusi zwierzęta dostępnym cały rok różnorodnym pożywieniem, zdecydowanie cieplejszymi zimami oraz dużą liczbą miejsc, w których mogą założyć swój dom. Jest to tak atrakcyjne miejsce, że szpaki i kosy z populacji miejskich zaprzestały migracji i osiadły na stałe. W Europie Środkowej gatunków, które decydują się w miastach spędzić zimę, jest zdecydowanie więcej, są to np. wyklute w mieście rudziki, kaczki krzyżówki, łyski, łabędzie i gawrony. Do tego towarzystwa należy dodać ptaki, które natknąwszy się na miasto i bogate zasoby pokarmowe, jakie ono oferuje, przerywają migrację i decydują się zostać.

 

 

Środowisko miejskie może wpływać na zachowanie się zwierząt. Przykładem tego są sokoły, które często polują w nocy na inne ptaki oślepione światłem ulicznym. Z kolei samce pustułki zaczęły w gniazdach gromadzić zapasy, mysz polna coraz częściej aktywna jest w dzień, zaś jeże penetrują zdecydowanie mniejszy obszar, ponieważ nie muszą pokonywać w poszukiwaniu pokarmu dużych odległości. Miejska architektura stawia przed zwierzętami wiele wyzwań. Kapturki (pokrzewka czarnołbista) z populacji migrującej w zimie do miast na północy Europy (np. z Niemiec do Wielkiej Brytanii) z biegiem czasu wykształciły mniejsze skrzydła. Dzięki temu dostosowaniu lepiej radzą sobie z manewrowaniem pośród budynków. Dodatkowo miejska architektura wpływa na rozchodzenie się dźwięków, co utrudnia ptakom komunikacje opartą o swoje śpiewy. Wróble, sikorki i kosy poradziły sobie zmieniając wydawane dźwięki na wyższe częstotliwości, które są dla nich lepiej słyszalne. Część naukowców twierdzi, że powodem takiej zmiany jest hałas miejski, który zawiera się w rejestrze średnich i niskich częstotliwości. Po prostu, aby go przekrzyczeć lepiej jest śpiewać głośniej lub na częstotliwościach wyższych. Innym rozwiązaniem jest np. rozpoczęcie trelów wcześniej niż rozgorzeje poranny szczyt komunikacyjny i faktycznie tak robią np. rudziki.

Miejskie zwierzęta zdecydowanie skróciły swój tzw. „dystans ucieczki”. Jest nic innego jak lęk ofiary przed drapieżnikiem. Dzięki temu mechanizmowi zwierzę potrafi ocenić odległość, w jakiej znajduje się drapieżnik. W naturze najważniejsze to jeść,tak by nie zostać zjedzonym przez kogoś innego. Dobrym tego przykładem są sroki, które w mieście przechodzą w odległości kilku centymetrów od człowieka, podczas gdy na wsi sroka ucieka przed nami już z odległości co najmniej 50 metrów. Zresztą tak też jest z sikorkami, które zimą w parku potrafią wręcz jeść człowiekowi z ręki, zaś na wsi zachowują dystans, uciekając z 20-30 metrów.

Egzotyczni goście w zieleni miejskiej


Przebywając w zieleni miejskiej często nie zastanawiamy się nad historią otaczających nas gatunków roślin i zwierząt. Gdy jednak zaczniemy uważniej przyglądać się otaczającej nas przyrodzie wśród pospolitych gatunków odnajdziemy niezwykłe egzotyczne okazy. Od swoich ojczyzn niejednokrotnie dzielą je tysiące kilometrów, a jednak w jakiś sposób radzą sobie w naszych parkach.

Zacznijmy od tego, że wszystkie gatunki na kuli ziemskiej mają swoje wymagania względem zajmowanego miejsca. Jedne radzą sobie na pustyni, inne w dżungli a jeszcze inne spotykamy jedynie w górach. W XVII i XVIII nie każdy mógł sobie pozwolić na wycieczkę do środkowych Chin czy też spacer po Appalachach w Ameryce Południowej. Aby przybliżyć i udostępnić, chociaż drobną namiastkę różnych ekosystemów z całego świata przyrodnicy zakładali ogrody botaniczne. W ten sposób w strefie klimatu umiarkowanego (a taki mamy w Polsce) można było podziwiać egzotyczne okazy nie udając się w kosztowną i wyczerpującą podróż. Niestety także i współcześnie podróż na inne kontynenty, chociaż łatwa i przyjemna, nadal jest kosztownym przedsięwzięciem. W tym nieoczekiwanym miejscu z pomocą przychodzi nie ogród botaniczny a zieleń miejska. To właśnie tutaj poznamy po sąsiedzku kilka egzotycznych ambasadorów z różnych części świata. Pierwszy na naszej liście jest gość z Azji – Miłorząb dwuklapowy zwany Miłorzębem Chińskim lub Japońskim. Jest to gatunek reliktowy, który w niezmienionej formie przetrwał tysiące lat i wyróżnia się pierwotnymi cechami.

Jego wachlarzowate liście są delikatnie podzielone wcięciem na dwie części, czyli tzw. klapy. Niespotykany u innych współczesnych drzew jest równoległy przebieg unerwienia liści rozchodzący się promieniście od ogonka aż po brzeg liścia. W ziołolecznictwie znane są także jego właściwości lecznicze np. napar lub wyciąg z liści, który spotkamy, jako dodatek wielu leków i suplementów diety. W kulturze dalekowschodniej posiada szczególne miejsce i często sadzony jest w sąsiedztwie świątyń w celu zapewnienia ochrony przed ogniem. Kolejnym egzotycznym gościem wzbogacającym swoja obecnością zieleń miejską jest Tulipanowiec amerykański. Zawędrował do Krakowa z Ameryki Południowej gdzie w naturalnym środowisku rośnie w górskich dolinach rzecznych osiągając imponującą wysokość 60 m. W naszych warunkach osiąga jedynie 30 metrów wysokości. Drzewo to można łatwo rozpoznać np. po kształcie korony, ponieważ rosnąc samotnie przypomina wydłużony stożek lub piramidę. Cechą charakterystyczną Tulipanowca są liście podzielone na cztery klapy, a także nietypowe kwiaty w kształcie tulipana. Kwiatów koloru zielono-żółto-pomarańczowego należy szukać w szczytowej części korony. Pora kwitnienia w naszych warunkach klimatycznych przypada na czerwiec.

Na zakończenie warto wspomnieć o jeszcze jednym egzotycznym gościu – Rusałce osetniku. Ten migrujący corocznie do Polski motyl dzienny pokonuje trasę liczącą aż 15 000 km! Swoją wędrówkę rozpoczyna na wiosnę z regionu Afryki Północnej i basenu morza śródziemnego. Owady lecą w kierunku północnym docierając aż do koła podbiegunowego. Charakteryzują się bardzo szybkim lotem, ponieważ potrafią osiągnąć imponujące 45 km/h. W Polsce motyle pojawiają się na wiosnę i możemy je obserwować aż do jesieni odpoczywające na kwiatach. W naszej strefie klimatycznej motyl ten nie jest w stanie przeżyć zimy, więc tak jak bociany odlatuje z powrotem w kierunku Afryki. Na wiosnę cykl ten się powtarza i znów możemy oglądać tego wytrwałego Nomada.
Podane przykłady egzotycznych gatunków pokazują jak wiele różnych organizmów kryje się w niepozornych przestrzeniach zieleni miejskiej. Sadzone w sposób świadomy i odpowiednio zadbane będą cieszyć krakowian jeszcze przez wiele lat. Warto czasami urozmaicić krajobraz parków o odpowiednio dobrane gatunki będące ozdobą wspólnej przestrzeni.

Inwazje biologiczne w zieleni miejskiej

Odpoczywając w zieleni miejskiej często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że wszystko dookoła stanowi bardzo skomplikowany układ roślin, zwierząt i mikroorganizmów. Równowaga sił w przyrodzie w każdym miejscu jest zachowana poprzez odpowiednią liczbę drapieżników i ich ofiar roślinożerców. Liczba roślinożerców jest limitowana przez liczbę roślin. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze wpływ pasożytów i mikroorganizmów, które wpływają na rośliny, zwierzęta i siebie wzajemnie. Pozostaje jeszcze pojemność siedliskowa, a także genetyka…Te wszystkie zależności są niesłychanie skomplikowane. Można wręcz odnieść wrażenie, że dopiero poznajemy mechanizmy rządzące przyrodą. I jak to wszystko wytłumaczyć w sposób prosty i przystępny? Znów z pomocą przychodzi nam zieleń miejska.

Na początku wystarczy udać się do parku, w którym znajdują się kasztanowce. Drzewa te na pewno każdy bez problemu rozpozna po charakterystycznych liściach, którym należy przyjrzeć się bliżej. Jeśli znajdziemy na nich brązowe plamy, które patrząc pod światło są przezroczyste to możemy mieć pewność, że natrafiliśmy na żerowisko szrotówka kasztanowcowiaczka. Gdzie, więc problem? Właśnie w tym, że występuje on w liściach kasztanowca a nie powinno go tam być! Ten owad nieźle namieszał w naszej przyrodzie wytrącając ją z równowagi. Zacznijmy jednak od początku… W sposób naturalny najprawdopodobniej żyje w Azji, od około połowy lat 80tych rozpoczął swoją szybka inwazję na Europę. W Polsce pojawił się po raz pierwszy w roku 1998 i bardzo szybko opanował większość naszego kraju. Inwazji sprzyja popularność i liczba występujących kasztanowców. Każdy bez problemu wskaże w swojej okolicy kilka drzew kasztanowca, które zna już od dzieciństwa w postaci kasztanowych ludków. Bardzo duża liczba drzew to dla szrotówka istny raj. Łatwo dostępne pożywienie, brak konkurencji i pasożytów wystarczy, aby w ekspresowym tempie niekontrolowanie namnażać się zaburzając równowagę w przyrodzie. W ciągu roku w naszej strefie klimatycznej pojawiają się aż trzy pokolenia tego motyla tak, więc aż 3 razy liście są zjadane przez gąsienice! Stąd na kasztanowcach możemy zaobserwować charakterystyczne plamy. Czemu szrotówek tworzy takie brązowe plamy i jak one powstają?

Każdy wie, że owady odżywiają się roślinami np. w grupie „egzofagów” gąsienica zjada cały liść gryząc go tak jak np. człowiek zjada liść sałaty. Okazuje się, że istnieje jeszcze jeden sposób na zjadanie roślin, jeśli jesteśmy bardzo, bardzo małych rozmiarów – „endofagiczny”. W takim przypadku mikroskopijna gąsienica wchodzi do liścia i zaczyna wyjadać go od środka! Uogólniając wyobraźmy sobie kanapkę złożoną z dwóch kromek chleba, pomiędzy którymi znajduje się plasterek sera. Jeśli wyjemy ze środka ser zostawiając kromki bylibyśmy właśnie takimi „endofagami”. Takim sposobem po wyjedzeniu środka liścia miejsce żerowania brązowieje i powstaje plama. Aby ograniczać i walczyć z tym inwazyjnym gatunkiem należy wykonać bardzo prostą rzecz. Wystarczy jesienią grabić liście i następnie je kompostować dzięki temu usuniemy poczwarki, z których mogłyby na wiosnę rozwinąć się motyle. Kolejnym inwazyjnym gatunkiem, którego obecność w zieleni miejskiej możemy zaobserwować jest Ćma bukszpanowa. Owad do Europy został przypadkowo zawleczony z terenów Azjatyckich wraz z krzewami bukszpanu. Pierwszy raz okazy stwierdzono na terenie Niemiec w roku 2007, a w naszym kraju około roku 2016. Od tego czasu także i ten gatunek ekspresowo opanowuje cały kraj. Sytuacja się powtarza brak naturalnych wrogów i wszędobylskie krzewy bukszpanu stwarzają idealne warunki do rozwoju. Samice potrafią złożyć na krzewach od 100 do ponad 400 jaj. Larwy – gąsienice zjadają całe liście oraz młode gałązki. Gąsienice zabezpieczają się dodatkowo tworząc coś na kształt pajęczyny oplatającej cały krzew. Jest to cecha charakterystyczna Ćmy bukszpanowej, więc jeśli znajdziemy gdzieś w parku taki krzew możemy mieć pewność, że został zaatakowany przez ten gatunek.

Na chwilę obecną opracowywane są skuteczne metody walki, największe nadzieje wiąże się z opryskami bakteriologicznymi, które atakują wybiórczo gąsienice.
Podane przykłady pokazują, że przyroda rządzi się własnymi prawami i jest bardzo skomplikowanym systemem powiązań. Możemy o naturze myśleć jak o konstrukcji z puzzli gdzie każdy element pasuje do drugiego w określonym miejscu i tylko kompletny układ daje nam spójny rysunek. Pamiętajmy, że bardzo łatwo jest zaburzyć równowagę, ale powrócić do stanu wyjściowego jest bardzo trudno, a czasami wręcz niemożliwe.

Motyle Dzienne najpiękniejsze owady
w mieście

Kolorowy świat motyli dziennych jest jednym z najbardziej fascynujących i tajemniczych elementów przyrody. Kombinacje barwnych skrzydeł zdają się nie mieć końca. Same motyle można z powodzeniem zdefiniować, jako latające kolory! To jedynie mały ułamek tego, co mają nam do zaoferowania te wdzięczne owady. Wjedźmy, więc na chwilę w ich niezwykły świat i zobaczmy, co się w nim znajduje. W naszym kraju stwierdzono obecność 163 gatunków motyli dziennych. Po za gatunkami, które są rzadkie i występują jedynie w kilku miejscach wiele z nich możemy spotkać w zieleni miejskiej. W sposób naturalny nasuwa się, więc pytanie jak to zrobić?

Po pierwsze powinniśmy wybierać miejsca z różnokolorowymi kwiatami – im więcej tym lepiej! Rzecz jasna pierwszą lokalizacją, która przychodzi nam na myśl w Krakowie jest łąka kwietna, ale warto także zwrócić uwagę na różne kwiatowe rabaty i klomby. Gdybyśmy byli motylami widzielibyśmy takie miejsca zdecydowanie mniej ostro, a obraz byłby rozpikselowany na małe fragmenty. Ponad to widzielibyśmy światło ultrafioletowe, dzięki czemu bez problemu zobaczylibyśmy znaki zabezpieczające banknoty widoczne w świetle UV. Taki wzrok wystarczy, aby z łatwością nawigować w powietrzu, unikać drapieżników i lokalizować na trawniku pojedyncze kwiaty. Motyle latając poszukują nektaru stanowiącego ich główne źródło pożywienia. Sprawę jeszcze bardziej ułatwia im lokalizacja zmysłu smaku na… nogach. Motyl dosłownie zna smak podłoża, na którym stoi! Przy odrobinie wytrwałości zaobserwujemy jak z pozoru zwykłe pobieranie pokarmu może być interesującym zjawiskiem. Po wylądowaniu na roślinie motyle rozwijają ssawkę, którą następnie wprowadzają w głąb kwiatu wyszukując nektar. Sama zasada „jedzenia” ssawką jest podobna do picia napoju przez słomkę. W trakcie swoich biesiad wykonywana jest także pożyteczna praca polegająca na zapylaniu odwiedzanych roślin.

Kwiaty to także miejsce gdzie często dochodzi do motylich schadzek, czyli kojarzenia się samca z samicą. Skoro wiemy gdzie musimy się udać w celu prowadzenia naszych obserwacji pozostaje nam odpowiedzieć na pytanie, kiedy? Największą aktywność motyle wykazują od kwietnia do października podczas słonecznej pogody pomiędzy godzinami 10:00 – 16:00. Dzieje się tak, ponieważ należą do organizmów zmiennocieplnych i przed swoim lotem muszą się ogrzać. Delikatna budowa skrzydeł oraz niska masa ciała sprawia, że motyle zdecydowanie chętniej latają w bezwietrznych warunkach. Chociaż wśród tej grupy występują także wytrwali lotnicy jak np. niektóre Rusałki, które potrafią rozpędzić się do 45km/h.

Z takim kompletem informacji będziemy mogli rozpocząć swoje poszukiwania motyli. Każdy, kto choć raz zacznie podglądać te owady od razu zauważy ich kolorowe piękno. Swoje barwy zawdzięczają pigmentom znajdującym się w bardzo drobniutkich łuskach. Tak to nie błąd! W łuskach a nie w pyłku! Łuski są delikatnie przymocowane do skrzydeł i przy każdej próbie dotknięcia z łatwością odpadają. To sprawia, że pierwsze nasze skojarzenie jest właśnie z ulotnym pyłkiem. Dopiero pod mikroskopem można zauważyć ich prawdziwy kształt, w którego wnętrzu kryje się tajemnica motylich skrzydeł. Jednak to jeszcze nie koniec niespodzianek niektóre gatunki motyli jak np. Mieniak strużnik posiadają tzw. barwy strukturalne. Jak sama nazwa wskazuje barwa ta nie pochodzi od pigmentu, a od struktury skrzydła, który odbijając światło tworzy metaliczną poświatę. Zjawisko to możemy przyrównać do tworzenia się tęczy podczas deszczu lub wielobarwnej poświaty na płytach DVD. Uważni obserwatorzy dostrzegą oprócz ogólnego koloru skrzydeł różne nieregularne plamki, oczka, przepaski, linie i rysunki. Warto także zwrócić uwagę na kształt skrzydeł, które pomiędzy różnymi gatunkami bardzo się różni. Znajdziemy takie postrzępione, zaokrąglone, nieregularne, a także z długimi ogonkami. To właśnie takie elementy bardzo często potrafią nam zdradzić, z jakim gatunkiem się spotkaliśmy! Już najprostszy atlas motyli pozwoli nam rozpoznać, kto przesiaduje na kwiatach w naszym ulubionym parku.

Jak się okazuje, aby odkrywać motyle nie potrzebna jest bardzo specjalistyczna wiedza i nie potrzebne są egzotyczne wyprawy w odległe zakątki Amazonii. Wystarczy odrobina cierpliwości i trochę czasu podczas słonecznej pogody. Skoro wiecie już gdzie i kiedy szukać wystarczy wyjść z domu.

Drugie życie drzew, czyli kilka słów
o martwym drewnie

 

Człowiek od zarania swoich dziejów pozyskiwał drewno z lasu. Chociaż rola tego surowca na przestrzeni dziejów bardzo się zmieniła to jednak wciąż pełni bardzo ważną funkcję w naszej gospodarce. Intensyfikacja pozyskiwania drewna z lasów doprowadziła do sytuacji, w której brakuje drewna w lesie. Jak to jest możliwe, że w lesie pełnym drzew brakuje drewna?!

Mówiąc o tym, że w lesie brakuje drewna nie mamy na myśli rosnących drzew tylko tzw. martwe drewno. Z punktu widzenia biologii każde drewno jest martwe, więc termin ten nie oddaje istoty rzeczy. W lesie martwe drewno to, te elementy drzew, które obumarły i nie budują już rosnącego drzewa lub stanowią jego pozostałość takie jak: pniaki, powalone wykroty, wiatrołomy, ale także mniejsze patyki i gałęzie. Gdy napotykamy podczas leśnego spaceru zbutwiałą kłodę lub pozostawiony pniak po ścięciu drzewa zobaczymy jak bardzo przewrotna jest nazwa „martwe drewno”. Po bliższym przyjrzeniu okaże się, że takie miejsca to istne oazy życia.

Mieszkańcami tych miejsc są ogromne ilości różnych organizmów, od bakterii i grzybów, mszaków poprzez owady aż po ssaki i ptaki. Niektórzy z nich rozkładają drewno, inne żyją na jego powierzchni, a jeszcze inne chowają się w jego zakamarkach. Oszacowano, że około 30% organizmów występujących w lesie jest w pewien sposób powiązana z istnieniem martwego drewna.

Bardzo ciekawą grupą zamieszkującą martwe drewno są mikrostawonogi a wśród nich skoczogonki i roztocza. Są to bliscy krewni roztoczy spotkanych w naszych domach, niestety występujących m.in. w pościeli i często wywołujących różnego typu alergie. Warto nieco odczarować tę grupę organizmów, ponieważ w lasach wykonują bardzo pożyteczną pracę. W leżącej kłodzie martwego drewna gdzieś głęboko w lesie rozpoczyna się piękny spektakl pt. „Śpiąca królewna”. Okazuje się, że roztocza zjadają różne mikroorganizmy wraz z substratem pokarmowym. Większość ulega strawieniu, ale pewna drobna część przeżywa i niezwykle intensywnie zaczyna się namnażać korzystając z „roztoczowych” odchodów. W ten sposób zamierające kolonie bakterii mogą się odrodzić i obudzić do życia. Roztocza niczym książę z bajki całuje, czyli zjada królewnę bakterie i w ten sposób las żyje długo i szczęśliwie. Obliczenia pokazują, że w obecności mikrostawonogów rozkład materii organicznej przez mikroorganizmy przebiega nawet pięć razy szybciej niż bez nich.

To jak ogromną ilość tych organizmów spotkamy w martwej kłodzie ilustrują liczby. W jednej garści zwykłej ściółki leśnej można znaleźć 7000 mikrostawonogów zaś w martwym drewnie ponad dziesięciokrotnie więcej! W kłodzie świerka o długości 10m może występować od 46 milionów do… 400 milionów mikrostawonogów. Tymczasem na powierzchni gleby równej zajmowanej przez kłodę znajdziemy jedynie 1,26 milionów tych organizmów.Przedstawiony świat to jedynie jedna grupa organizmów. Gdy doliczymy jeszcze inne okazuje się, że bogactwo jednej kłody martwego drewna stanowi sam w sobie ogromny kipiący życiem mikrowszechświat. Warto, więc przekonać się jak bardzo żywe może być martwe drewno.

Krioentomofauna

 

Zapewne wielu z was będąc dzieckiem na widok padającego śniegu wpadała w euforię. Myśl o zjazdach na sankach oraz bitwie na śnieżki rozpalała nas od środka tak, że mróz nie był nam straszny. W raz z wiekiem jednak odśnieżanie samochodów czy też trudności wynikające z mrozu i zalegania śniegu na drodze do pracy odebrała nam zimową radość. Z perspektywy rodzica i troski o prawidłowy rozwój naszych dzieci zaczynamy coraz częściej dostrzegać i doceniać ponownie biały puch. Przecież to jedna z najlepszych zabawek sensorycznych jakie możemy dać swojemu dziecku, a już na pewno najtańsza! Śnieg można wykorzystać na wiele sposobów, ale oprócz tych które na pewno znacie jest jeszcze jeden… To białe płótno do niezwykłych obserwacji przyrodniczych, czy poczuliście się teraz zaskoczeni? Jeśli tak to zapraszam do dalszej lektury.

Kogo będziemy obserwować w takich nietypowych okolicznościach przyrody na śniegu i mrozie? Organizmy tak małe, że w zasadzie można by rzec mikroskopijne. Aby je dostrzec musimy więc sięgnąć po lupę, potrzebna też będzie duża doza cierpliwości. Jeśli się na nią zdobędziecie zostaniecie wynagrodzeni widokiem np. pośnieżków. Te organizmy mierzące 4 – 5 milimetrow zalicza się do rzędu wojsiłek. Gdy przyjrzymy się im bliżej dostrzeżemy coś na kształt skrzyżowania komara z pchłą. Jeśli w ogóle uda nam się przyglądnąć im dłużej, ponieważ stworzenia te doskonale skaczą dzięki swoim wyspecjalizowanym odnóżom. W takim wypadku skojarzenie z pchłą jest zupełnie na miejscu. Kolejnym bardzo ciekawym stworzeniem należącym to tzw. fauny naśnieżnej są skoczogonki. Ich ciało ma cylindryczno-owalny kształt i mierzy zaledwie 1 – 2 mm. Wypatrując ich na śniegu musimy być także uważni, ponieważ także i one potrafią podskakiwać. Odmienne jednak niż pośnieżki, skoczogonki podskakują dzięki specjalnym widełkom znajdującym się na odwłoku. Dzięki temu mogą się sprawnie przemieszczać lub też w przypadku zagrożenia ze strony drapieżników salwować szybką ucieczką.

Wspomniane powyżej organizmy żywią się martwą materią organiczną oraz mchami lub korzonkami roślin. Takiego pokarmu w zimie nigdy nie brakuje. Wybierając się na ich poszukiwania warto wyszukiwać ośnieżonych pni z mchem lub martwego drewna.

Czytając ten tekst na pewno odnieśliście wrażenie zdumienia jak w ogóle tak małe organizmy są w ogóle w stanie przeżyć ujemne temperatury. Czy aby te zwierzęta nie powinny zapaść w sen zimowy lub w stadium anabiozy (uśpienia) i oczekiwać nadejścia wiosny? Zupełnie nie, ponieważ wymienione przykłady są przedstawicielami chinobiontów czyli organizmów, których rozwój przebiega w zimie. Zaskakujący jest fakt, że dłuższy pobyt na naszej ciepłej dłoni takiego stworzenia skutkuje jego śmiercią. Ich przeżycie w ekstremalnych warunkach (bo np. skoczogonki występują w Arktyce i okolicach kół podbiegunowych) zawdzięczają wykształconym w toku ewolucji mechanizmach metabolicznych i specjalnej anatomii.

Rozważmy teraz co może być największą przeszkodą do życia w zimie? Woda, a konkretnie proces jej zamarzania i tworzenia się kryształów wewnątrz organizmów żywych. Aby to zilustrować wyobraźmy sobie, że wstawiamy do zamrażalnika szklaną butelkę z wodą, chyba wszyscy wiemy jak to się skończy. Teraz przeskalujmy to sobie do wymiaru pojedynczej komórki, które są właśnie takimi butelkami narażonymi na formowanie się w nich kryształków lodu. To duże uproszenie, ale pozwoli nam na jeszcze jedno porównanie. Gdybyśmy do wody w naszej butelce dolali np. glikol (jeden ze składników zimowych płynów do spryskiwaczy) to wtedy zapobiegniemy rozsadzeniu butelki. Bardzo podobny proces pojawia się na zimę właśnie w ciele chinobiontów. Substancje zapobiegające formowaniu się kryształków wody w organizmach żywych nazywamy krioprotektantami. Mamy więc już odpowiedź na to czemu krioentomofauna nie zamarza.

Musimy sobie zadać jeszcze jedno pytanie. Co z termoregulacją? Wiemy, że termoregulacja jest cechą wykształconą jedynie w niektórych grupach wyżej uorganizowanych zwierząt np. ptaków, ssaków. Chinobionty aby przejawiać swoją aktywność ograniczają jak najbardziej utratę swojego ciepła do otoczenia. My możemy oczywiście ubrać cieplejszą kurtkę, rękawiczki i szalik Chinobiont natomiast ewolucyjnie wybrnął z tego tak, że zmniejszył wymiary swojego ciała. Stosunek objętości jego ciała do powierzchni jest więc jak najkorzystniejszy. Teraz wiecie już, dlaczego te stworzenia są tak małe i nie posiadają skrzydeł, bo któż dałby radę latać w mrozie!

Tyle różnych tajemnic i ciekawostek posiadają te niezwykłe organizmy, że wystarczy nam opowieści na kilka śnieżnych spacerów. Fauna naśnieżna w naszym kraju może nie jest może bogata, bo np. pośnieżków mamy jedynie dwa gatunki (pośnieżek zwyczajny oraz pośnieżek lodowcowy) lecz zaręczam, że odkrycie któregokolwiek z nich dostarczy wam i waszemu dziecku niezapomnianych wrażeń. Być może uda się wam spotkać także skoczogonki i spróbować poskakać po śniegu tak jak one?

Jemioła

 

Późną jesienią, gdy kolorowe liście opadną już z drzew obnażając skomplikowany układ konarów i gałęzi, możemy zacząć poszukiwania jemioły. Ten niezwykły zimozielony półpasożyt z rodziny sandałowcowatych przez wieki obrósł w wiele mitów i wierzeń. Biologia tej rośliny jest nie mniej fascynująca niż legendy w jakie obrosła. Przyjrzyjmy się jej bliżej i sprawdźmy jakie tajemnice skrywa.

 

W Polsce możemy spotkać trzy gatunki jemioły: białą, pospolitą oraz trzęśle. Niezależnie od gatunku jest organizmem dwupiennym (rozdzielnopłciowym) czyli takim u którego męskie i żeńskie organy rozrodcze występują na różnych osobnikach. Co ciekawe zdecydowanie częściej natkniecie się w naturze na osobnika żeńskiego, ponieważ to one dominują nad męskimi. Kwiaty jemioły są zapylane przez owady w lecie, ale na jagody trzeba czekać aż do przełomu późnej jesieni oraz wczesnej zimy.

Skoro mowa o jagodach to w tym miejscu muszą pojawić się nam jemiołuszki – kolorowe ptaki, dla których jemioła stanowi prawdziwy przysmak.  Przylatując na drzewo z jemiołą zajada się jej jagodami. Jemiołuszka zjadając jagodę nie trawi jej całej i po jakimiś czasie wydala niestrawione nasiona. Takie pośrednictwo zwierząt przy rozsiewaniu nasion nazywamy zoochorią – czyli dosłownie zwierzęcosiewnością. Dzięki temu nasiona jemioły są roznoszone na znaczne odległości. Inne gatunki ptaków nie zjadają jagód jemioły, ale także mogą uczestniczyć w jej rozprzestrzenianiu, ponieważ lepka substancja, która pokrywa jagody łatwo przykleja się do ich piór.

Teraz przejdźmy do najciekawszego momentu życia jemioły. Nasiono tego półpasożyta po tym jak spadnie na gałąź drzewa gospodarza wykształca specjalne ssawki. Rozprzestrzeniają się i wrastają one między korę, a drewno. Odgałęzienia wtórne ssawek wnikają już bezpośrednio do samego drewna. W tym momencie wyjaśnia się nam, dlaczego ta roślina chociaż zielona jest półpasożytem. Od swojego drzewa – gospodarza pobiera sole mineralne i wodę. Szacunki podają, że około 23 – 40% węgla w jemiole pochodzi z drzewa. Skoro jemioła jest pół pasożytem to po obecności koloru zielonego możemy domyślać się obecności chlorofilu. Takie spostrzeżenie jest jak najbardziej słuszne, ponieważ jemioła posiada chlorofil i przeprowadza dzięki niemu proces fotosyntezy. Pomimo tego faktu jej życie uzależnione jest od drzewa, na którym się znajduje.

Zielony kolor jemioły sprawił, że roślina ta już od najdawniejszych czasów otaczana była czcią. W naszym kraju przyjął się XVII wieczny zwyczaj całowania pod zawieszoną np. pod sufitem jemiołą. Taki pocałunek miał kobiecie przynieść małżonka i chronić przed losem starej panny. Jemiołę wieszano także nad piecem, gdzie chroniła domostwo przed pożarem i piorunami. Zawieszona nad stołem miała kończyć waśnie i gwarantować zgodę. Niezależnie od tego jemioła faktycznie posiada właściwości prozdrowotne i jest składnikiem wielu medykamentów stosowanych na obniżenie ciśnienia krwi oraz choroby układu krążenia.

Ta niepozorna roślina jak widać kryje w sobie wiele ciekawostek i warto na drugi raz przy wycieczce do parku czy lasu poszukać jej wśród koron drzew.

Cechy dobrego przyrodnika

 

Jaki powinien być dobry przyrodnik? Kim jest dobry przyrodnik lub co zrobić, aby się nim stać? Za pewne każdy z was chciałby uzyskać klarowną odpowiedź lub prostą receptę, a w moim odczuciu pytania te są źle postawione. W pewnym stopniu moje zdanie może być zaskakujące więc pozwólcie, że je rozwinę.

Perspektywa bycia przyrodnikiem wydaje się być bardzo kusząca. Znajomość różnych gatunków zwierząt czy roślin oraz zdolność do ich rozpoznawania daje wiele satysfakcji. Jednak to nie specjalistyczna wiedza czy też wybitny zmysł prowadzenia obserwacji sprawia, że stajemy się przyrodnikami.

Wchodząc do parku i siedząc na ławce lub też leżąc na łące kwietnej możemy obserwować ptaki, kołyszące się liście czy też inne elementy świata przyrody. Bycie przyrodnikiem to pewien stopień przyjaźni i wrażliwości na otaczającą nas naturę. Wytworzenie takiej więzi nie jest obarczone żadnymi obostrzeniami czy warunkami do spełnienia. Nie ma ustalonej granicy, po przekroczeniu której już się zaczyna być przyrodnikiem. Absolutnie wierzę, że każdy z nas może nim być, np. chodź na chwilę w swoim ulubionym parku.

Mogę podać wam pewne wskazówki jak otworzyć się na przyrodę i jej doświadczanie, skoro chcecie być dobrym przyrodnikiem. Na początku nie przejmujcie się, bo bardzo mało osób z grona moich znajomych od razu wiedziało co ich w przyrodzie interesuje i jakim dokładnie organizmom poświęci swoje zainteresowania lub wręcz całe życie. Zdecydowana większość najpierw patrzy na całość natury i to chciałbym wam polecić.

Czasami warto poświęcić czas przysiąść w parku lub na łące i po prostu obserwować. Podpatrujmy ogólne zachowania ptaków, owadów podejdźmy bliżej do kwiatów powąchajmy je, dotknijmy różnych części roślin. Zwróćcie uwagę na podobieństwa i różnice np. w budowie liści ich kształtu, rozmiaru, fakturze i kolorze.

Dobrze jest mieć jakąś lupę lub szkło powiększające i wniknąć w głąb świata przyrody. Oglądajcie kamenie, korę, mrowiska, martwe drewno i ptasie pióra. Ważne jest też aby dostrzec pewien cykl przemian, przychodźmy więc w to samo miejsce o różnych porach dnia, podczas różnej pogody i wciągu np. dwóch miesięcy. Zobaczycie jak wiele się w przyrodzie zmienia, przyroda to wręcz synonim ciągłego ruchu, przemian, procesów, cykli życia i degeneracji. Z czasem spróbujcie też zacząć zadawać sobie pytania: dlaczego, czemu, jak, po co, w jakim celu i szukać na nie odpowiedzi właśnie podczas samodzielnych obserwacji.

Jak już zobaczycie mnogość możliwości proponuję skonkretyzować swoje preferencje. Jeśli wolicie świat roślin zgłębiajcie botanikę, jeśli zaś wolicie podążać za mrówkami do mrowiska czytajcie o entomologii, być może część z was tęskni za lataniem i wraz z ptakami będziecie szybować po niebieskim niebie w tedy ornitologia stoi przed wami otworem. Może się też zdarzyć tak, że chcecie po prostu usiąść w parku i patrzeć w „zielone” to moim zdaniem też jest jak najbardziej O.K. Czy tego chcecie świadomie czy też nie jesteście częścią przyrody i moim zdaniem to czyni z was przyrodników lub przynajmniej tak powinno być.

Mikrosiedliska

 

Dzisiaj przeskalujemy trochę swoje patrzenie na przyrodę i zobaczymy ją w nieco mniejszej skali przyglądając się mikrosiedliskom. W naszej wyprawie do mikrosiedlisk potrzebna będzie uważność oraz kilka informacji.

Na wstępie należy zobaczyć pewną perspektywę w jakim kluczu możemy czytać naturę. Widząc las powiemy, że jest to środowisko bardzo bogate w rozmaite gatunki zwierząt i roślin. Aby mogły tu żyć muszą mieć zapewnione odpowiednie warunki do życia i rozmnażania się. Las jak wiemy jest przykładem dużego środowiska, na pewno wyobrażając go sobie myślimy o znacznej powierzchni z zwartym drzewostanem, martwym drewnem, ciekami wodnymi, polanami śródpolnymi, ekotonami, drogami itp. Zatrzymajcie ten obraz w swojej wyobraźni i niech zostanie dla nas punktem wyjścia do rozważań o środowisku. Bo jaka jest jego najmniejsza „porcja”? Czy taką porcję można wykroić lub wydzielić? Czyli teoretycznie: jak małe może być środowisko, w którym organizm może przeżyć i wydać potomstwo? Może być tak małe, że biologia nazywa go mikrosiedliskiem. Mikrosiedlisko to niewielki fragment środowiska stanowiący najbliższe otoczenie organizmu i bezpośrednio na niego oddziałujący bardzo często ze specyficznym mikroklimatem.

Kolejne pytanie jakie się od razu nasuwa to jak małe może być? Trudno odpowiedzieć jednoznacznie, ale przyda nam się teraz obraz naszego lasu. W nim wyobraźmy sobie dziuplaste sędziwe drzewo, niech to będzie np. dąb. Dziuplę tego dębu może zamieszkiwać pachnica dębowa, czyli chrząszcz należący do grupy tzw. stenobiontów. Stenobionty to organizmy o bardzo wysokich wymaganiach względem miejsca swojego życia. Larwy pachnicy dębowej muszą mieć zapewnione specyficzny mikroklimat w takiej dziupli, dlatego jest to bardzo rzadko spotykany gatunek w naszym kraju. Mikrosiedliska są niezwykle cenne właśnie przez to, że stanowią miejsca występowania rzadkich, zagrożonych wyginięciem i bardzo często chronionych gatunków w naszym kraju. W lesie mikrosiedliska znajdziecie także np. w martwym drewnie wśród powalonych kłód w różnych stopniach rozkładu. Tylko jedna taka kłoda może stanowić mikrosiedlisko niezliczonej liczby gatunków mikrobezkręgowców.

Zachęcam do przyglądania się takim miejscom zachowując odpowiednią dozę ostrożności, ponieważ mikrosiedliska jak już wspomnieliśmy bardzo często dają schronienie gatunkom chronionym.

Obecny trend w krakowskiej zieleni miejskiej w postaci pozostawiania martwego drewna, dbania o drzewa dziuplaste stanowi bardzo ważny przyczynek do tego, aby w miastach wzrastała bioróżnorodność. Nam mieszkańcom daje to z kolei możliwość obserwacji interesujących mikrosiedlisk będących tuż obok nas.

Co więcej, sami możemy mieć realny wpływ na bioróżnorodność poprzez tworzenie mikrosiedlisk. Jeżeli mamy ogródek – możemy pozostawić niegrabione opadłe liście, zmniejszyć częstotliwość koszenia przydomowego trawnika, zostawić gdzieniegdzie stertę gałęzi czy kamieni, w których schronienie znajdą m.in. jeże, wiewiórki, myszy, jaszczurki czy bezkręgowce. Z kolei z kwitnących roślin chętnie skorzystają zapylacze a ustawiony na działce kompostownik będzie niezastąpioną stołówką dla ptaków. Warto również zapewnić zwierzętom dostęp do czystej wody – pozostawiając poidełko. Dodatkowo możemy zakupić dostępne powszechnie w sprzedaży domki dla owadów, a jeszcze lepiej – wykonać je samemu. Czy to nie cudowne, że możemy zaprosić do siebie przyrodę i amatorsko obserwować „dzikie życie” w miejsca zamieszkania, a nie tylko w rezerwatach przyrody lub na innych terenach chronionych?

Pamiętajmy, aby postarać się zapewnić możliwie jak najwięcej różnych mikrosiedlisk. To właśnie ta mozaika różnych mikrośrodowisk jest szczególnie ważna dla ochrony bioróżnorodności – zwłaszcza w miastach, gdzie zależy nam na optymalnym wykorzystaniu niewielkich przestrzeni.

Po śniegu za pośnieżkiem

 

W dzieciństwie myśl o zjazdach na sankach czy bitwie na śnieżki rozpalała od środka tak, że nawet tzw. trzaskający mróz nie był straszny. Później gdy uleci sporo kartek z kalendarza odśnieżanie samochodów, mróz czy śnieżne błoto w drodze do pracy odbiera nam zimową radość. Biały puch doceniamy ponownie z perspektywy rodzica. To jedna z najlepszych zabawek sensorycznych jakie możemy dać swojemu dziecku, a do tego najtańsza! Czy wiecie, że oprócz zimowych szaleństw śnieg to białe płótno do niezwykłych obserwacji przyrodniczych? Zaciekawieni? Zapraszam do dalszej lektury?

 

Kogo będziemy obserwować w takich nietypowych okolicznościach przyrody na śniegu i mrozie? Organizmy tak małe, że w zasadzie można by rzec mikroskopijne. Potrzebna będzie lupa i duża doza cierpliwości. Jeśli się na nią zdobędziecie, zostaniecie wynagrodzeni widokiem tzw. pośnieżków. Te organizmy mierzą zaledwie 4 – 5 mm i są owadami z rzędu wojsiłek o bardzo charakterystycznym wyglądzie – na kształt skrzyżowania komara z pchłą. Takie szczegółowe analizy ich wyglądu mogą się dla Was okazać nie lada wyzwaniem, ponieważ stworzenia te doskonale skaczą (właśnie jak pchła) dzięki swoim wyspecjalizowanym odnóżom. Gdzie ich szukać? Oczywiście na śniegu w okolicy drzew z mchem, gdyż to właśnie mech i martwa materia organiczna stanowi ich menu. Tak więc zimą pośnieżki są naszymi sąsiadami z krakowskich miejskich parków.

 Jest jeszcze jedna, ale za to bardzo ważna rzecz, którą powinniście wiedzieć: nie bierzcie ich nigdy na gołe dłonie. Nie stanowią dla Was jakiegokolwiek zagrożenia, wręcz odwrotnie! Owady te tak mocno przystosowały się do życia w ujemnej temperaturze, że ciepło dłoni je po prostu zabija! Gdybym miał Wam to jakoś zobrazować to powiedziałbym, że wzięcie pośnieżka na dłoń bez rękawiczki, jest jak próba złapania płatka śniegu, który już po krótkiej chwili pod wpływem ciepła naszego ciała rozpuszcza się.

Jak tak małe organizmy są w stanie przeżyć ujemne temperatury? Czy nie powinny zapadać w sen zimowy lub stadium anabiozy (uśpienia) i oczekiwać nadejścia wiosny? Zupełnie nie, ponieważ pośnieżki to przedstawicie tzw. chinobiontów, czyli organizmów rozwijających się właśnie w zimie. Życie w okolicach 0oC wymaga wielu sprytnych rozwiązań wykształconych w toku ewolucji. Nie wiem jak Wy, ale ja po prostu ubieram ciepłą kurtkę, szalik i rękawiczki, a co robią tak wyspecjalizowane zwierzęta? Czy jest jakaś granica lub przeszkoda do pokonania, aby owad był aktywny podczas zimy? Jest i nazywa się woda… a dokładnie proces jej zamarzania i tworzenia się kryształów wewnątrz komórek organizmów żywych. Ilustracją niech będzie butelka wody w zamrażarce. Wszyscy wiemy, jak to się skończy. Teraz przeskalujmy to do wymiaru pojedynczej komórki, która jest właśnie taką butelką narażoną na formowanie się w niej kryształków lodu. To duże uproszenie, ale pozwoli nam na jeszcze jedno porównanie. Gdybyśmy do wody w naszej butelce dolali np. glikol (jeden ze składników zimowych płynów do spryskiwaczy) to wtedy zapobiegniemy rozsadzeniu butelki. Bardzo podobny proces pojawia się na zimę właśnie w ciele chinobiontów. Substancje zapobiegające formowaniu się kryształków wody w organizmach żywych nazywamy krioprotektantami.

Pośnieżki (i wszystkie chinobionty), aby przejawiać swoją aktywność ograniczają jak najbardziej utratę ciepła do otoczenia. My, jak już wcześniej wspomniałem, ubieramy się w cieplejsze ciuchy, chinobiont w drodze ewolucji zmniejszył wymiary swojego ciała. Mały organizm posiada małą powierzchnię. Teraz wiecie już, dlaczego te stworzenia są tak małe i nie posiadają skrzydeł, bo któż dałby radę latać w mrozie!

Tajemnic i ciekawostek na temat tych niezwykłych organizmów wystarczyłoby na kilka śnieżnych spacerów. W Polsce możemy wytropić ich dwa gatunki (pośnieżek zwyczajny oraz pośnieżek lodowcowy) lecz zaręczam, że odkrycie któregokolwiek z nich dostarczy Wam i Waszemu dziecku niezapomnianych wrażeń. Być może przy okazji takiego spotkania spróbujecie poskakać po śniegu tak jak one?

Krecik

 

Wiecie, jak to jest z kretami – niby każdy lubi jednak gdy pojawia się w naszym ogródku od razu zamienia się w groźnego przeciwnika. W celu ratowania naszego ogrodu za wszelką cenę chcemy się go jak najszybciej pozbyć. Czy faktycznie musimy z nim walczyć?

Krety są zwierzętami trudnymi do obserwacji podczas zwykłego spaceru ze względu na skryty podziemny tryb życia. Największe prawdopodobieństwo na dostrzeżenie tego podziemnego górnika to moment, w którym tworzy kretowinę, czyli tzw. kopiec. Nasze obserwacje musimy rozpocząć o poranku, bo o tej porze są najaktywniejsze. Wynika to z faktu, że cykl życia kreta zupełnie nie pokrywa się z naszym rytmem dnia i nocy. Ssaki te wypracowały własny ośmiogodzinny system: cztery godziny patrolują korytarze i żerują a następnie, przez kolejne cztery odpoczywają.

Krety w toku ewolucji wykształciły szereg przystosowań do podziemnego życia. Workowaty kształt ciała, wyjątkowo gęsta sierść oraz niezwykle silne kończyny pozwalają im z łatwością przeciskać się przez glebę. Do orientacji przestrzennej wykorzystują wyspecjalizowany narząd zmysłu odbierający drgania podłoża. Składa się on z włosków czuciowych zlokalizowanych na ogonie i z przodu głowy. Przy polowaniu pomagają sobie także węchem, dzięki któremu żadna smaczna dżdżownica się im nie wywinie. Narząd wzroku uległ uwstecznieniu jednak jest zdolny do odbierania np. natężenia światła. Zresztą dokładne widzenie nie jest im potrzebne bo żyjąc w mroku i tak by nic nie zobaczyły. To co się może przydać w ciemności to dobry słuch. Krecie uszy pokryte są gęstymi włoskami i znajdują się z tyłu głowy! Dodatkowo podczas kopania mogą zostać zamknięte tak by do środka nie dostawała się gleba.  

 

Jak już wspomniałem krecie życie toczy się w złożonym systemie korytarzy o przekroju około 6 cm kopanych na głębokości mniej więcej 10 – 50 cm pod ziemią. Łączna długość tuneli może dojść do 1 km i zawiera tzw. gniazdo wymoszczone mchem i liśćmi służące za swoiste legowisko, spiżarnię z zapasami na zimę oraz system korytarzy służący żerowaniu. Tempo kopania może dochodzić aż do 15 metrów na godzinę! Samce są terytorialne i mogą zajmować powierzchnię od 1 km2 do aż 6 km2.

Chyba już teraz zdajecie sobie sprawę jak dużo ziemi trzeba „wykopać” na kreci apartament, a to stanowi główne pole konfliktu z człowiekiem. Widok kilkudziesięciu kretowisk na wypielęgnowanym trawniku może każdego ogrodnika przyprawić o złość. Warto w takiej chwili wziąć głęboki oddech oraz taczki! Praktykując przyrodnicze zero waste zbierzmy ziemię z kopców, ponieważ to co dla kreta, stanowi swego rodzaju „górniczy odpad” jest idealną ziemią do sadzenia kwiatów. W ten sposób zamiast szkodnika mamy darmowego dostawcę żyznej i pulchnej ziemi kwiatowej.

Warto się nad tym dłużej zastanowić, bo takie działanie może się stać Waszym pierwszym krokiem do stworzenia ogrodu w stylu naturalnym. Dzięki temu możemy nie tylko czerpać z zasobów przyrody, ale również dzielić się nimi np. z naszymi małymi aksamitnymi przyjaciółmi – kretami.

 

Żuk leśny

 

Ostatnimi czasy chodząc po Lesie Wolskim wraz z mieszkańcami Krakowa zauważyłem, że niezwykłym zainteresowaniem, wszystkich niezależnie od wieku, cieszą się żuki leśne. Te czarne owalne chrząszcze pokryte metalicznym niebieskim blaskiem są istnym magnesem. Gdy pojawiają się na leśnych duktach od razu przykuwają uwagę. Warto nad nimi przykucnąć, wtedy to zauważymy spokojne, niespieszne tempo niestrudzonego marszu. W pewnym sensie przypomina mi to moje własne grupy prowadzone przez Las Wolski. Chociaż wiecie co? My wędrujemy wolnym krokiem po to by pomału zatopić się w otaczającą nas przyrodę, relaksujemy się i odpoczywamy… a one wciąż są w pracy. Ta praca nigdy nie ustaje i ma zbawienny wpływ na las.

Na pewno teraz się zastanawiacie: jaką to prace może wykonywać chrząszcz, który posiada od 1,2cm do 1,9cm i nigdzie się nie spieszy? Aby wam to przedstawić spędzimy z nim cały cykl życiowy. Na wiosnę samce poszukują samic. Co ciekawe jest to istny maraton, samica ucieka a samiec ją goni. Dopiero gdy samica zatrzyma się na chwilę, samiec ma okazję, aby ją złapać i spełnić swój męski obowiązek. Żuki leśne są opiekuńczymi owadami i chcą zapewnić potomstwu idealne warunki do życia. Jest to rozwinięte do tego stopnia, że dla każdego jaja z osobna samica buduje „kawalerkę”.

Jak to robi? Kopie w ziemi pionowy tunel, najczęściej ma on od 15cm do 30cm głębokości. Na jego końcu upycha zbutwiały mech, liście lub igły. Często też kopie pod odchodami lub padliną, ponieważ ziemia w takich miejscach jest wilgotna i łatwo w niej kopać, a przy okazji też jest co zjeść.

Po zapełnieniu spiżarni smakołykami samica składa jedno jajo. Podczas swojego rocznego, leśnego życia jest zdolna złożyć do kilkudziesięciu jaj. Mam takie wrażenie, że to właśnie ich nadopiekuńczość sprawia, że zakopują zdecydowanie więcej pokarmu niż potrzebuje do życia rozwijająca się larwa. Na jednym hektarze lasu żuki leśne „chowają pod ziemią” aż ćwierć tony materii organicznej. Dzięki temu przyspieszają procesy glebotwórcze, napowietrzają glebę i poprawiają jej nawodnienie. Z jaja wykluwa się larwa – to stadium rozwojowe przypomina rogalik i nigdzie się nie rusza, bo i po co? W końcu ma wszystko czego potrzeba do życia: jedzenie otacza go ze wszystkich stron. Cały rok larwa żyje pod ziemią zajadając się zapasami przygotowanymi przez troskliwą mamę. Gdy naje się do syta i ma już dość tego biesiadowania zamienia się w poczwarkę. Teraz następuje proces zwany przepoczwarczeniem i dorosły chrząszcz pierwszy raz wychodzi na światło dzienne. Do nawigacji na powierzchni używają zmysł węchu, który zlokalizowany jest na czułkach, niestety, wzrok mają bardzo kiepski. Bo jak to w przyrodzie często bywa, tam gdzie matka natura wyostrza jeden zmysł to inne trochę zaniedbuje. W związku z tym możecie być zaskoczeni, że owady te latają! Pod twardymi pokrywami, będącymi „zmodyfikowaną wersją” pierwszej parą skrzydeł znajdują się prawdziwe skrzydła. Zachęcam was abyście przyjrzeli się im bliżej. Myślę, że takiego misternego orgiami dawno nikt z was nie widział. Bardzo delikatne i błoniaste skrzydła przed lotem rozkładają się niczym maleńka paralotnia. Żuczy lot sam w sobie jest bardzo ciekawym widowiskiem. Chrząszcz ten kołyszę się na wszystkie strony, twarde pokrywy odstają uniesione na boki, a błoniaste skrzydła szybko wachlują w powietrzu wydając charakterystyczny dźwięk buczenia.

Weźcie podczas spaceru takiego żuka delikatnie na dłoń, a zobaczycie jak jego malutkie czułki rozkładają się… nie zdradzę wam ich kształtu, przekonajcie się sami!

 

 

Wielki pożytek chociaż mały użytek

 

Jeśli zajrzycie do encyklopedii, to odnajdziecie tam następującą definicję:
„Użytkami ekologicznymi są zasługujące na ochronę pozostałości ekosystemów mających znaczenie dla zachowania różnorodności biologicznej – naturalne zbiorniki wodne, śródpolne i śródleśne oczka wodne, kępy drzew i krzewów, bagna, torfowiska, wydmy, płaty nieużytkowanej roślinności, starorzecza, wychodnie skalne, skarpy, kamieńce, siedliska przyrodnicze oraz stanowiska rzadkich lub chronionych gatunków roślin, zwierząt i grzybów, ich ostoje oraz miejsca rozmnażania lub miejsca sezonowego przebywania”. Tylko po co tworzyć takie obszary w Krakowie? Czy nie wystarczają już Miejskie Parki, które to przybierają coraz to bardziej naturalny charakter i wciskają się, chociażby w postaci „Kieszonek” do ciasnej tkanki miejskiej? 

Odpowiedź tkwi w przytoczonej definicji, bo skoro coś zasługuję na ochronę, to naszym obowiązkiem jest ją zapewnić. Taka protekcja jest oczywiście niezależna od lokalizacji. Przybliżę Wam to dziś bliżej, a za przykład posłuży mi użytek ekologiczny – Staw Dąbie.

Zacznijmy od lokalizacji naszego zielonego bohatera i przyjrzyjmy się jego najbliższym sąsiadom. Ruchliwe serce miasta, kilkujezdniowa droga, ruchliwe skrzyżowanie Alei Pokoju i ulicy Stanisława Lema. To jeszcze nie koniec, bezpośrednio przy stawie znajduje się wielkopowierzchniowe centrum handlowo-usługowe, duże sklepy i wyasfaltowane parkingi. Dopiero idąc dalej odnajdziemy Park Lotników Polskich, a około 500 m od stawu zlokalizowane jest ujście Białuchy do Wisły. Więc skoro w tej dzielnicy jest miejski park i nieopodal płynie Białucha i Wisła to, czemu uparcie trwać w ochronie małego, bo liczącego 2,53 ha użytku ekologicznego? Bo jest niezwykle cenny, chociaż raczej wypadałoby powiedzieć, że bezcenny! Tutaj znajduje się stanowisko chronionego gatunku byliny wodnej Grążela Żółtego. Właśnie jak to czytacie, roślina ta rozkwita ciesząc oczy pięknymi żółtymi kwiatami wystającymi ponad wodną toń

Zresztą w tej wodnej toni wprawne oko lub wytrwały obserwator dostrzeże małże słodkowodne! Dokładnie będą to dwa gatunki: skójka zaostrzona oraz chroniona w naszym kraju szczeżuja wielka. Dobrze się domyślacie, nazwa „wielka” nie bierze się ze znikąd, ponieważ ten słodkowodny małż ma największe rozmiary ciała spośród wszystkich naszych rodzimych gatunków. Obecnie niestety jest coraz rzadszy, ponieważ zanika pod silną presją działalności ludzkiej. No proszę, a tu w tak ruchliwym miejscu jest ich całkiem sporo. Tego roku mamy wyjątkowe szczęście i dodatkowy powód, aby odwiedzić to miejsce, bo zamieszkująca tu para łabędzi dochowała się aż 7 młodych! Sami pójdźcie zobaczyć czy faktycznie są to brzydkie kaczątka, niech zachętą dla was będzie zdjęcie do tego artykułu. Jak już tam będziecie pamiętajcie, aby podczas swoich obserwacji nie płoszyć ptactwa wodnego.
Wszystkie przytoczone informacje sprawdziłem sam, odwiedzając Dąbski Staw. Wiecie co mi się nasunęło na myśl jako pierwsze? Taka dzika przyroda w samym centrum miasta to wielkie zobowiązanie dla nas wszystkich. Musimy zachować ją w takim stanie dla przyszłych pokoleń, aby i oni mogli się nimi cieszyć. Dlatego gdybyśmy chcieli odwiedzić takie miejsce zachowajmy szczególną uważność w poszanowaniu przyrody i pamiętajmy, że jest to dom wielu cennych gatunków zwierząt i roślin. Rekreację zostawmy jednak parkom miejskim, a użytki traktujmy jak mikro parki narodowe i uważam, że taki status dla tych miejsc wcale nie jest nad wyrost.

Buki z Lasu Wolskiego

 

Obiektywnym okiem patrząc, muszę Wam powiedzieć, że pełnię lata mamy za sobą. Co roku sam czuję się tym trochę zaskoczony, jednak zmęczona słońcem zieleń kołyszących się w Lesie Wolskim buków wręcz krzyczy: idzie jesień! Nie wiem, czy wiecie, ale przyrodnik w cale nie potrzebuje kalendarza. Codzienna obserwacja np. w drodze do pracy lub szkoły potrafi powiedzieć więcej niż odczytana data z kalendarza. Zapewne już zastanawiacie się na co patrzeć? Gdzie kierować swoją uwagę? Na coś doskonale Wam znanego… na drzewa, bo bardzo dużo można wyczytać właśnie z drzew. Podczas moich leśnych spacerów zajmują one szczególne miejsce i nie jest to, jak widać przypadek. Możecie się także zdziwić, ale organizmy te mają wiele wspólnego z ludźmi, chociaż może jest na odwrót? Może to właśnie my ludzie mamy w sobie „drzewny pierwiastek”? Do tej pory opisałem Wam wiele różnych organizmów, a jednak drzewa musiały dłużej poczekać na swoją kolej. Dopuśćmy więc je do głosu i porozmawiajmy, o czym szumią buki w naszym Lesie Wolskim?

Wyjdźmy od pewnego dogmatu: drzewo – wydawać by się mogło – prosty organizm o jeszcze prostszej budowie. Korzenie, pień, gałęzie, liście, koniec kropka. Dodajmy jeszcze do tego fotosyntezę, dającą nam życiodajny tlen i to w większości stanowi fundament naszej wiedzy o tych roślinach. Nic bardziej błędnego! Widziałem chyba setki różnych buków (w końcu pracuję w lesie), ale do tej pory, pomimo moich usilnych prób, nigdy nie spotkałem dwóch takich samych. Czy nie przypomina Wam to właśnie ludzi? Każdy z Nas jest przecież z wszech miar inny, a jednak przez naukę zdefiniowani jesteśmy do rodzaju ludzkiego. Oczywiście budowa każdego drzewa zawiera wymienione powyżej elementy, jednak same drzewa zdają się tym nie bardzo przejmować, a buki to już w szczególności. Drzewa te rosną w Lesie Wolskim bardzo często jak np. kucające nad kałużą dzieci, zafascynowane lustrzanym odbiciem. Ta sąsiedzka bliskość sprawia, że z czasem potrafią się zrastać pniami. Jeśli chcecie się o tym przekonać, to polecam wybrać się na spacer np. Aleją Żubrową, tuż nieopodal Centrum Edukacji Ekologicznej „Symbioza” rosną „trzej bracia”. Patrząc na korzenie wrastające w ziemię mamy wrażenie potężnego drzewa o ogromnym pniu. Nie dajcie się temu zwieść, bo dopiero kierując wzrok po pniu w górę zobaczymy piękno przyrody, a naszym oczom ukażą się zarysy aż trzech pni! Występują też sytuacje odwrotne, czyli pojedyncze buki stojące w dużej odległości od siebie zupełnie samotnie i bez przyjaciół dookoła. Bardzo często w takim miejscu na dno lasu dociera więcej światła, powodując bujny wzrost traw. W Lesie Wolskim tą trawą jest turzyca, rosnąca łanowo w sprzyjających warunkach, szczelnie wypełnia każdy napotkany zakamarek. Takie fragmenty lasu zawsze przypominają mi zielone morza, szczególności gdy silniejszy wiatr kołysze turzycą niczym morskimi falami. Wszystkiemu przyglądają się stojące kolumny buków niczym leśne latarnie morskie. Faktycznie można pomyśleć, że drzewa mają oczy, ponieważ na ich pniach znajdziecie ślady w kształcie oka. To swojego rodzaju blizny będące pozostałościami po rosnących niegdyś gałęziach. Dzięki obecności tych „bukowych oczu”, pomimo upływu lat, możemy odczytać historię drzewnego życia.
I tak właśnie żyją sobie buki z Lasu Wolskiego, a żeby je zobaczyć nie trzeba nawet wchodzić głęboko w las. Zresztą muszę się Wam przyznać, że te „zwykłe” fenomeny matki natury codziennie mijam w drodze do pracy. To właśnie po kolorze bukowych liści mogę Wam powtórzyć zdanie z początku tego tekstu: idzie jesień!