Przystanek Przyroda to kilka minut
z miejską przyrodą i jej tajnikami
na antenie Radia Kraków w ramach niedzielnego pasma familijnego
w godz. 10:50 – 10:55.

Czy w mieście jest miejsce na współistnienie ludzi i przyrody?

 

Na tak postawione pytanie jest tylko jedna odpowiedź, ponieważ bez przyrody człowiek nie może istnieć. W tkance miejskiej, na przykładzie zielonych terenów Krakowa, widoczne jest, jak wiele można dla przyrody zrobić. Jest wiele różnych możliwości, praktyki pomysłów jak zapewnić mieszkańcom miast, nie tylko dostęp do przyrody, ale także zapewnić jej dużą bioróżnorodność.

Wspomniana bioróżnorodność przez naukowców rozważana jest na trzech poziomach. Najwyższym jest zróżnicowanie całych ekosystemów, następnym zróżnicowanie

gatunków występujących np. w danym miejscu oraz poziom najniższy, czyli zróżnicowanie puli genowej w obrębie jednego gatunku. Upraszczając wszystkie one są jednakowo ważne i powiązane.

Wspomniany poziom odnosi się do tego jak dużą część przyrody obejmuje dane zagadnienie bioróżnorodności, a nie jej wagę. W miastach możemy wpływać na bioróżnorodność, czyli liczbę występujących gatunków roślin i zwierząt oraz na kondycję ich populacji, co wpływa na różnorodność puli genowej. Musimy jednak pamiętać, że dla jednych gatunków wystarczą kawalerki w postaci np. budki dla ptaków, a dla innych bardziej wymagających muszą zostać utworzone specjalne wydzielone strefy w parkach.

Można więc niejako zaprosić naturę, stwarzając jej w zieleni miejskiej jak najwięcej miejsca. Wówczas możemy się spodziewać zamierzonego wzrostu bioróżnorodności. Najlepiej będzie zilustrować to konkretnymi przykładami. Kraków jest miastem z bardzo dużą powierzchnią łąk kwietnych oraz terenów wykluczonych z koszenia.

Takie działania zapewniają parasol ochronny dla niesamowicie dużej ilości różnych organizmów od bezkręgowców, poprzez płazy, gady, ptaki, a na ssakach kończąc. Z pozoru zaniedbane wykluczone z koszenia obszary stanowią doskonałe miejsca do zimowania np. owadów. Bez nich nie może istnieć duża różnorodność życia. Są one niezwykle ważnym ogniwem łańcucha pokarmowego. Łąki kwietne zapewniają ponadto duże zróżnicowanie roślin miododajnych, które to warunkują występowanie pożywienia dla różnych gatunków pożytecznych zapylaczy. Jak pokazują badania na łące kwietnej schronienie może znaleźć około 600 różnych gatunków zwierząt a ta liczba robi wrażenie!

 

Wracając do zapylaczy wspomnieć trzeba, że w Krakowie oprócz siania łąk kwietnych założone zostały pasieki. Rozmieszczone w różnych lokalizacjach ule zwiększają populację pszczół. Jest to ważne nie tylko dla miasta, ale dla całej naszej natury. Spadek zapylaczy w przyrodzie wciąż pozostaje zagadką bez rozwiązania, stąd tak istotne są wszystkie działania mające je chronić i wspierać.

Kolejną ciekawą formą wpływającą na bioróżnorodność w miastach jest tworzenie tzw. zwierzostref. Są to specjalne wydzielone obszary np. w parkach stanowiące istne azyle dla dużej rzeszy zwierząt i roślin. W takich miejscach znajdziemy martwe drewno, które samo w sobie jest mikroekosystemem o ogromnej liczbie gatunków – od mikroorganizmów, grzybów, poprzez skorupiaki lądowe, na owadach kończąc. To wszystko to jedynie mały wycinek tego, co w takich zwierzostrefach możemy znaleźć.

W miejscach tych schronienie mają także jeże, które mogą przezimować w niezgrabionych liściach, a ptaki bardzo chętnie w tych spokojnych miejscach podejmują lęgi.

Oprócz wymienionych przykładów w Krakowie stosuje się również inne bardzo ważne praktyki wpływające na bioróżnorodność zieleni miejskiej takie jak tworzenie zielonych ekranów, zakładanie budek i karmników dla ptaków, stawianie domków dla jeży, hoteli dla owadów, nasadzenia bylin, drzew i krzewów, pielęgnacja zieleni oraz zalesianie nowych terenów. Zapewnia się w ten sposób siedliska dla rzeszy organizmów, których po prostu nie sposób wymienić. Jednocześnie podstawę powyższych działań stanowi społeczne uwrażliwianie na przyrodę oraz edukacja. Bez wsparcia mieszkańców, każde nawet najlepsze działania, nie odniosą zamierzonego rezultatu i spotkają się ze sprzeciwem.

W takim kontekście doskonale sprawdziła się realizacja projektów takich jak Parki Krakowian, ogrody społeczne czy parki kieszonkowe. Edukacyjną rolę zieleni miejskiej w Krakowie prowadzi się również w oparciu o pojawiające się coraz liczniej ścieżki przyrodnicze. Dopiero takie kompleksowe podejście do zagadnienia zwiększania bioróżnorodności w miastach wpływa pośrednio i bezpośrednio na otaczającą nas przyrodę przynosząc wymierne korzyści.

Czy komary mogą nas czegoś nauczyć o szacunku do zwierząt i zmianach klimatu?

 

W polskiej faunie owadów stwierdzono dotychczas 47 gatunków komarowatych. Przy czym dwa gatunki, komar leśny zwany doskwierzem oraz komar brzęczący, są nam blisko znane z przykrych ukłuć. Na szczęście krwiopijne są jedynie samice komarów. Krew jest im potrzebna do wytworzenia w jajnikach jaj, których samica może złożyć kilkaset (średnio 200 – 300). Bez zdobytej krwi się nie rozmnożą, a mnożą się w sprzyjających warunkach na potęgę szczególnie przy deszczowej wiośnie!

Dlaczego więc w przyrodzie występuje aż tyle komarów? Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta – po to, aby przetrwały. Owady te stanowią bardzo ważne ogniwo całego łańcucha pokarmowego. Jedna jaskółka zjada około 1 000 komarów, jeżyki według różnych szacunków od 10 000 do 20 000, a nocek rudy (nietoperz) około 2 000 komarów każdego dnia! W tym miejscu wymieniliśmy jedynie drapieżniki zjadające formy imaginalne (dorosłe), do tych liczb należałoby dodać jeszcze ilość zjadanego stadium larwalnego w wodzie przez ryby, ważki i chrząszcze. Jest jeszcze jedna cecha komarów, przez którą masowo giną. Są najzwyczajniej nieostrożne podczas swojego polowania na krew. Nie potrafią ani przechytrzyć swoich ofiar, ani szybko uciekać, bo osiągają w locie prędkość jedynie 1-2km na godzinę. W dodatku nie latają bezszelestnie – nazwa gatunku zobowiązuje. Komar brzęczący dość głośno bzyczy, więc łatwo go zlokalizować.

Komary żyją kilka tygodni. Cały cykl rozpoczyna się od złożenia przez samicę w wodzie pakietu jaj łódeczkowatego kształtu. Samica zwykle później ginie, jednak zdarzają się sytuacje, w których po kolejnym „krwiopiciu” udaje jej się złożyć jeszcze kolejną partię jaj. Larwy komarów wiodą wodny tryb życia i wyglądają niczym duże przecinki zawieszone tuż pod powierzchnią lustra wody. W tym stadium odżywiają się bakteriami, pierwotniakami, okrzemkami oraz produktami rozpadu organicznego. Przed przekształceniem w poczwarki przechodzą kilka stadiów rozwojowych. Interesującą rzeczą jest zdolność poczwarek do ruchu. Posiadają one specjalne narządy przypominające wiosło, dzięki czemu w razie zagrożenia mają możliwość zanurkowania w głąb zbiornika wodnego. Następnie z poczwarek wychodzą w pełni ukształtowane formy zwane imago. Samiec z samicą zespala się w miłosnym akcie w locie i cały cykl (po „krwiopiciu” przez samicę) się powtarza.

 

tym miejscu należy dodać, że samce są mniejsze od samic, o delikatniejszej budowie i żywią się nektarem kwiatów. Sam mechanizm kłucia można sobie zobrazować w następujący sposób. Komar to taka mała latająca strzykawka. Posiada aparat gębowy typu ssąco-kłującego, dlatego też komary nie gryzą tylko kłują. Gryzą nas inne krwiopijne owady np. meszki. Wspomniany aparat jest jakby igłą zbudowaną z dwóch osobnych rurek. Samica komara wkłuwa się najczęściej w pory skóry, gdzie najłatwiej jest jej zlokalizować nasze naczynia włosowate z krwią. W pierwszej kolejności wpuszcza ślinę, która w składzie posiada specjalne białka. Ich zadaniem jest powstrzymanie procesu krzepnięcia krwi oraz „miejscowe znieczulenie”. Drugim otworem zasysana jest krew, dzięki „pompie” umieszczonej w głowie komara. Nas, jako ludzi interesuje w tym wszystkim to, czemu miejsce ukłucia swędzi i niejednokrotnie pojawia się miejscowa opuchlizna. Cały sekret tkwi w składzie śliny komara, która z jednej strony zapobiegając krzepnięciu, wywołuje w organizmie człowieka wydzielanie histaminy. U jednych osób po 24h takie zaczerwienienie znika, u innych zaś występuje nadwrażliwość (np. u alergików) i zmiany utrzymują się bardzo długo.

Na zakończenie można zapytać, gdzie w tym wszystkim zmiany klimatyczne? Otóż sprawa jest bardzo prosta. Przy występujących naprzemiennie okresach suszy
i nagłych obfitych opadach deszczu, tworzą się rozległe zastoiska i kałuże. W miejscach tych nie ma naturalnych wrogów komarów, więc mogą się one mnożyć
w sposób niekontrolowany. Jako, że cały cykl życia tych owadów zależnie od warunków mieści się w okresie od 10 do 14 dni, łatwo sobie wyobrazić jak szybko dojdzie do pojawienia się plagi komarów. Należy jeszcze wspomnieć, że na chwilę obecną nie ma selektywnej metody chemicznej w postaci oprysków i innych insektycydów, która likwidowałaby jedynie komary. Każda chemiczna ingerencja człowieka niesie ze sobą konsekwencje w postaci usunięcia z ekosystemu innych organizmów żywych w tym i tych, które są naturalnymi wrogami komarów. Odnosząc się do tego, z jaką łatwością rozmnażają się te owady, oprysk przyniesie jedynie chwilową ulgę, by później owady te wróciły niejednokrotnie ze zdwojoną siłą.

Jak dzieci postrzegają naturę?

 

W każdym z nas istnieje głęboka potrzeba spędzania czasu w przyrodzie, wynikająca z faktu, że jesteśmy jej integralną częścią. Niezależnie od osiągniętego poziomu technologicznego, nie sposób zanegować tego stwierdzenia lub też zaproponować substytut obcowania z przyrodą. Jak pokazują badania, oderwanie człowieka od środowiska naturalnego, skutkuje syndromem deficytu natury. W tym miejscu przyda nam się dziecięca perspektywa postrzegania przyrody. Naturalny brak barier poznawczych sprawia, że nie mają one problemów z tym, aby w sposób bezpośredni doświadczać natury. Potrafią beztrosko skakać po kałużach, biegać boso po łące, zbierać patyki, zrywać kwiaty czy bez lęku brać na ręce owady. Są to aktywności ściśle związane z zaspokajaniem specyficznych potrzeb dzieci wynikających z etapu ich rozwoju. Okazuje się, że można jednocześnie wykorzystać te potrzeby ukierunkowując na poznawanie przyrody. Dziecko i ruch to przecież synonimy. Bieganie, skakanie i wspinanie można świetnie zrealizować np. w krakowskiej zieleni miejskiej, przecież jak biegać to na pachnącej łące kwietnej za kolorowymi motylami. Jeśli skakać to tylko po parkowej ścieżce wśród szeleszczących jesiennych liści, naśladując ruch żaby czy zająca. Co ze wspinaniem? Też można! Oczywiście w Lasku Wolskim wśród powalonych drzew szukając lokatorów martwego drewna. To tylko kilka przykładów, a jednak już dających pewne wyobrażenie jak łączyć edukację z zabawą w przyrodzie.

Ciekawość otaczającego świata wśród dzieci jest wręcz zdumiewająca. Idąc na łąkę zostaniemy wprost zalani różnymi pytaniami. Co tam lata? Co to za białe kropki? Dlaczego to drzewo jest takie duże? Po co ten kwiatek tak pachnie? O jaka duża ta biedronka! Równie ciekawie będzie na wycieczce do lasu. Chęć zbierania i kolekcjonowania wszystkiego, co napotkane po drodze, pozwoli dziecku w kilka chwil napełnić wszystkie kieszenie, torby i plecaki. W tym właśnie miejscu zaczyna się rola rodzica, który powinien być współtowarzyszem eksploracji. Wyobraźnia dziecka nie zna granic i nie należy jej hamować. Nawet w parku miejskim nic nie stoi na przeszkodzie, aby niczym Indiana Jones dokonywać przełomowych odkryć dotyczących np. gatunków roślin. Wiele z pozoru oczywistych rzeczy w oczach dziecka jest czymś zupełnie niezwykłym. Dzieci są bardzo spostrzegawcze np. dla nas może to być kolejna zwykła sosnowa szyszka jednak dla naszej pociechy będzie wyjątkowa, ponieważ większa i bardziej brązowa niż poprzednia. Trzeba nauczyć się na nowo odkrywać przyrodę i jej składowe, zachwycić się pięknem kwiatów i po raz kolejny wraz z dzieckiem sprawdzać napotkane „dmuchawce”, czy aby na pewno latają. W takich małych podróżach kryje się wielka moc natury, której tajemnice czekają na odkrycie.

 

Występująca po sąsiedzku różnorodna zieleń miejska to prosty sposób na zaprzyjaźnienie się z przyrodą już od początku życia dziecka. Odłóżmy zupełnie na bok skomplikowane wyliczenia i trudne definicje encyklopedyczne, pobiegajmy częściej po łące i poskaczmy po kałużach.  Takie podejście to troska o lepszy rozwój, który w przyszłości zaprocentuje szacunkiem do całego otaczającego nas świata.

Problem oderwania dzieci od natury niestety według prognoz naukowców będzie narastać. Winna jest temu nie tylko wszechobecna elektronika i przeboćcowanie, ale także kumulacja oczekiwań, presji i natłok obowiązków pozaszkolnych. W chwili obecnej bardzo dużo jest instytucji i fundacji, które oferują szeroki wachlarz dostępnych form przebywania w naturze dobranych odpowiednio do wieku dzieci, z których warto korzystać.

Czym się różnią zwierzęta mieszkające na wsi i w mieście?

 

Razem z nami w mieście żyje bardzo dużo zwierząt. Spotykamy je codziennie idąc do pracy, czekając na tramwaj lub spacerując po parku. Warto jednak się im bliżej przyjrzeć, ponieważ jak pokazują liczne badania, różnią się od swoich krewnych mieszkających na wsi.

Środowisko miejskie kusi zwierzęta dostępnym cały rok różnorodnym pożywieniem, zdecydowanie cieplejszymi zimami oraz dużą liczbą miejsc, w których mogą założyć swój dom. Jest to tak atrakcyjne miejsce, że szpaki i kosy z populacji miejskich zaprzestały migracji i osiadły na stałe. W Europie Środkowej gatunków, które decydują się w miastach spędzić zimę, jest zdecydowanie więcej, są to np. wyklute w mieście rudziki, kaczki krzyżówki, łyski, łabędzie i gawrony. Do tego towarzystwa należy dodać ptaki, które natknąwszy się na miasto i bogate zasoby pokarmowe, jakie ono oferuje, przerywają migrację i decydują się zostać.

 

 

Środowisko miejskie może wpływać na zachowanie się zwierząt. Przykładem tego są sokoły, które często polują w nocy na inne ptaki oślepione światłem ulicznym. Z kolei samce pustułki zaczęły w gniazdach gromadzić zapasy, mysz polna coraz częściej aktywna jest w dzień, zaś jeże penetrują zdecydowanie mniejszy obszar, ponieważ nie muszą pokonywać w poszukiwaniu pokarmu dużych odległości. Miejska architektura stawia przed zwierzętami wiele wyzwań. Kapturki (pokrzewka czarnołbista) z populacji migrującej w zimie do miast na północy Europy (np. z Niemiec do Wielkiej Brytanii) z biegiem czasu wykształciły mniejsze skrzydła. Dzięki temu dostosowaniu lepiej radzą sobie z manewrowaniem pośród budynków. Dodatkowo miejska architektura wpływa na rozchodzenie się dźwięków, co utrudnia ptakom komunikacje opartą o swoje śpiewy. Wróble, sikorki i kosy poradziły sobie zmieniając wydawane dźwięki na wyższe częstotliwości, które są dla nich lepiej słyszalne. Część naukowców twierdzi, że powodem takiej zmiany jest hałas miejski, który zawiera się w rejestrze średnich i niskich częstotliwości. Po prostu, aby go przekrzyczeć lepiej jest śpiewać głośniej lub na częstotliwościach wyższych. Innym rozwiązaniem jest np. rozpoczęcie trelów wcześniej niż rozgorzeje poranny szczyt komunikacyjny i faktycznie tak robią np. rudziki.

Miejskie zwierzęta zdecydowanie skróciły swój tzw. „dystans ucieczki”. Jest nic innego jak lęk ofiary przed drapieżnikiem. Dzięki temu mechanizmowi zwierzę potrafi ocenić odległość, w jakiej znajduje się drapieżnik. W naturze najważniejsze to jeść,tak by nie zostać zjedzonym przez kogoś innego. Dobrym tego przykładem są sroki, które w mieście przechodzą w odległości kilku centymetrów od człowieka, podczas gdy na wsi sroka ucieka przed nami już z odległości co najmniej 50 metrów. Zresztą tak też jest z sikorkami, które zimą w parku potrafią wręcz jeść człowiekowi z ręki, zaś na wsi zachowują dystans, uciekając z 20-30 metrów.

Egzotyczni goście w zieleni miejskiej


Przebywając w zieleni miejskiej często nie zastanawiamy się nad historią otaczających nas gatunków roślin i zwierząt. Gdy jednak zaczniemy uważniej przyglądać się otaczającej nas przyrodzie wśród pospolitych gatunków odnajdziemy niezwykłe egzotyczne okazy. Od swoich ojczyzn niejednokrotnie dzielą je tysiące kilometrów, a jednak w jakiś sposób radzą sobie w naszych parkach.

Zacznijmy od tego, że wszystkie gatunki na kuli ziemskiej mają swoje wymagania względem zajmowanego miejsca. Jedne radzą sobie na pustyni, inne w dżungli a jeszcze inne spotykamy jedynie w górach. W XVII i XVIII nie każdy mógł sobie pozwolić na wycieczkę do środkowych Chin czy też spacer po Appalachach w Ameryce Południowej. Aby przybliżyć i udostępnić, chociaż drobną namiastkę różnych ekosystemów z całego świata przyrodnicy zakładali ogrody botaniczne. W ten sposób w strefie klimatu umiarkowanego (a taki mamy w Polsce) można było podziwiać egzotyczne okazy nie udając się w kosztowną i wyczerpującą podróż. Niestety także i współcześnie podróż na inne kontynenty, chociaż łatwa i przyjemna, nadal jest kosztownym przedsięwzięciem. W tym nieoczekiwanym miejscu z pomocą przychodzi nie ogród botaniczny a zieleń miejska. To właśnie tutaj poznamy po sąsiedzku kilka egzotycznych ambasadorów z różnych części świata. Pierwszy na naszej liście jest gość z Azji – Miłorząb dwuklapowy zwany Miłorzębem Chińskim lub Japońskim. Jest to gatunek reliktowy, który w niezmienionej formie przetrwał tysiące lat i wyróżnia się pierwotnymi cechami.

Jego wachlarzowate liście są delikatnie podzielone wcięciem na dwie części, czyli tzw. klapy. Niespotykany u innych współczesnych drzew jest równoległy przebieg unerwienia liści rozchodzący się promieniście od ogonka aż po brzeg liścia. W ziołolecznictwie znane są także jego właściwości lecznicze np. napar lub wyciąg z liści, który spotkamy, jako dodatek wielu leków i suplementów diety. W kulturze dalekowschodniej posiada szczególne miejsce i często sadzony jest w sąsiedztwie świątyń w celu zapewnienia ochrony przed ogniem. Kolejnym egzotycznym gościem wzbogacającym swoja obecnością zieleń miejską jest Tulipanowiec amerykański. Zawędrował do Krakowa z Ameryki Południowej gdzie w naturalnym środowisku rośnie w górskich dolinach rzecznych osiągając imponującą wysokość 60 m. W naszych warunkach osiąga jedynie 30 metrów wysokości. Drzewo to można łatwo rozpoznać np. po kształcie korony, ponieważ rosnąc samotnie przypomina wydłużony stożek lub piramidę. Cechą charakterystyczną Tulipanowca są liście podzielone na cztery klapy, a także nietypowe kwiaty w kształcie tulipana. Kwiatów koloru zielono-żółto-pomarańczowego należy szukać w szczytowej części korony. Pora kwitnienia w naszych warunkach klimatycznych przypada na czerwiec.

Na zakończenie warto wspomnieć o jeszcze jednym egzotycznym gościu – Rusałce osetniku. Ten migrujący corocznie do Polski motyl dzienny pokonuje trasę liczącą aż 15 000 km! Swoją wędrówkę rozpoczyna na wiosnę z regionu Afryki Północnej i basenu morza śródziemnego. Owady lecą w kierunku północnym docierając aż do koła podbiegunowego. Charakteryzują się bardzo szybkim lotem, ponieważ potrafią osiągnąć imponujące 45 km/h. W Polsce motyle pojawiają się na wiosnę i możemy je obserwować aż do jesieni odpoczywające na kwiatach. W naszej strefie klimatycznej motyl ten nie jest w stanie przeżyć zimy, więc tak jak bociany odlatuje z powrotem w kierunku Afryki. Na wiosnę cykl ten się powtarza i znów możemy oglądać tego wytrwałego Nomada.
Podane przykłady egzotycznych gatunków pokazują jak wiele różnych organizmów kryje się w niepozornych przestrzeniach zieleni miejskiej. Sadzone w sposób świadomy i odpowiednio zadbane będą cieszyć krakowian jeszcze przez wiele lat. Warto czasami urozmaicić krajobraz parków o odpowiednio dobrane gatunki będące ozdobą wspólnej przestrzeni.

Inwazje biologiczne w zieleni miejskiej

Odpoczywając w zieleni miejskiej często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że wszystko dookoła stanowi bardzo skomplikowany układ roślin, zwierząt i mikroorganizmów. Równowaga sił w przyrodzie w każdym miejscu jest zachowana poprzez odpowiednią liczbę drapieżników i ich ofiar roślinożerców. Liczba roślinożerców jest limitowana przez liczbę roślin. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze wpływ pasożytów i mikroorganizmów, które wpływają na rośliny, zwierzęta i siebie wzajemnie. Pozostaje jeszcze pojemność siedliskowa, a także genetyka…Te wszystkie zależności są niesłychanie skomplikowane. Można wręcz odnieść wrażenie, że dopiero poznajemy mechanizmy rządzące przyrodą. I jak to wszystko wytłumaczyć w sposób prosty i przystępny? Znów z pomocą przychodzi nam zieleń miejska.

Na początku wystarczy udać się do parku, w którym znajdują się kasztanowce. Drzewa te na pewno każdy bez problemu rozpozna po charakterystycznych liściach, którym należy przyjrzeć się bliżej. Jeśli znajdziemy na nich brązowe plamy, które patrząc pod światło są przezroczyste to możemy mieć pewność, że natrafiliśmy na żerowisko szrotówka kasztanowcowiaczka. Gdzie, więc problem? Właśnie w tym, że występuje on w liściach kasztanowca a nie powinno go tam być! Ten owad nieźle namieszał w naszej przyrodzie wytrącając ją z równowagi. Zacznijmy jednak od początku… W sposób naturalny najprawdopodobniej żyje w Azji, od około połowy lat 80tych rozpoczął swoją szybka inwazję na Europę. W Polsce pojawił się po raz pierwszy w roku 1998 i bardzo szybko opanował większość naszego kraju. Inwazji sprzyja popularność i liczba występujących kasztanowców. Każdy bez problemu wskaże w swojej okolicy kilka drzew kasztanowca, które zna już od dzieciństwa w postaci kasztanowych ludków. Bardzo duża liczba drzew to dla szrotówka istny raj. Łatwo dostępne pożywienie, brak konkurencji i pasożytów wystarczy, aby w ekspresowym tempie niekontrolowanie namnażać się zaburzając równowagę w przyrodzie. W ciągu roku w naszej strefie klimatycznej pojawiają się aż trzy pokolenia tego motyla tak, więc aż 3 razy liście są zjadane przez gąsienice! Stąd na kasztanowcach możemy zaobserwować charakterystyczne plamy. Czemu szrotówek tworzy takie brązowe plamy i jak one powstają?

Każdy wie, że owady odżywiają się roślinami np. w grupie „egzofagów” gąsienica zjada cały liść gryząc go tak jak np. człowiek zjada liść sałaty. Okazuje się, że istnieje jeszcze jeden sposób na zjadanie roślin, jeśli jesteśmy bardzo, bardzo małych rozmiarów – „endofagiczny”. W takim przypadku mikroskopijna gąsienica wchodzi do liścia i zaczyna wyjadać go od środka! Uogólniając wyobraźmy sobie kanapkę złożoną z dwóch kromek chleba, pomiędzy którymi znajduje się plasterek sera. Jeśli wyjemy ze środka ser zostawiając kromki bylibyśmy właśnie takimi „endofagami”. Takim sposobem po wyjedzeniu środka liścia miejsce żerowania brązowieje i powstaje plama. Aby ograniczać i walczyć z tym inwazyjnym gatunkiem należy wykonać bardzo prostą rzecz. Wystarczy jesienią grabić liście i następnie je kompostować dzięki temu usuniemy poczwarki, z których mogłyby na wiosnę rozwinąć się motyle. Kolejnym inwazyjnym gatunkiem, którego obecność w zieleni miejskiej możemy zaobserwować jest Ćma bukszpanowa. Owad do Europy został przypadkowo zawleczony z terenów Azjatyckich wraz z krzewami bukszpanu. Pierwszy raz okazy stwierdzono na terenie Niemiec w roku 2007, a w naszym kraju około roku 2016. Od tego czasu także i ten gatunek ekspresowo opanowuje cały kraj. Sytuacja się powtarza brak naturalnych wrogów i wszędobylskie krzewy bukszpanu stwarzają idealne warunki do rozwoju. Samice potrafią złożyć na krzewach od 100 do ponad 400 jaj. Larwy – gąsienice zjadają całe liście oraz młode gałązki. Gąsienice zabezpieczają się dodatkowo tworząc coś na kształt pajęczyny oplatającej cały krzew. Jest to cecha charakterystyczna Ćmy bukszpanowej, więc jeśli znajdziemy gdzieś w parku taki krzew możemy mieć pewność, że został zaatakowany przez ten gatunek.

Na chwilę obecną opracowywane są skuteczne metody walki, największe nadzieje wiąże się z opryskami bakteriologicznymi, które atakują wybiórczo gąsienice.
Podane przykłady pokazują, że przyroda rządzi się własnymi prawami i jest bardzo skomplikowanym systemem powiązań. Możemy o naturze myśleć jak o konstrukcji z puzzli gdzie każdy element pasuje do drugiego w określonym miejscu i tylko kompletny układ daje nam spójny rysunek. Pamiętajmy, że bardzo łatwo jest zaburzyć równowagę, ale powrócić do stanu wyjściowego jest bardzo trudno, a czasami wręcz niemożliwe.

Motyle Dzienne najpiękniejsze owady
w mieście

Kolorowy świat motyli dziennych jest jednym z najbardziej fascynujących i tajemniczych elementów przyrody. Kombinacje barwnych skrzydeł zdają się nie mieć końca. Same motyle można z powodzeniem zdefiniować, jako latające kolory! To jedynie mały ułamek tego, co mają nam do zaoferowania te wdzięczne owady. Wjedźmy, więc na chwilę w ich niezwykły świat i zobaczmy, co się w nim znajduje. W naszym kraju stwierdzono obecność 163 gatunków motyli dziennych. Po za gatunkami, które są rzadkie i występują jedynie w kilku miejscach wiele z nich możemy spotkać w zieleni miejskiej. W sposób naturalny nasuwa się, więc pytanie jak to zrobić?

Po pierwsze powinniśmy wybierać miejsca z różnokolorowymi kwiatami – im więcej tym lepiej! Rzecz jasna pierwszą lokalizacją, która przychodzi nam na myśl w Krakowie jest łąka kwietna, ale warto także zwrócić uwagę na różne kwiatowe rabaty i klomby. Gdybyśmy byli motylami widzielibyśmy takie miejsca zdecydowanie mniej ostro, a obraz byłby rozpikselowany na małe fragmenty. Ponad to widzielibyśmy światło ultrafioletowe, dzięki czemu bez problemu zobaczylibyśmy znaki zabezpieczające banknoty widoczne w świetle UV. Taki wzrok wystarczy, aby z łatwością nawigować w powietrzu, unikać drapieżników i lokalizować na trawniku pojedyncze kwiaty. Motyle latając poszukują nektaru stanowiącego ich główne źródło pożywienia. Sprawę jeszcze bardziej ułatwia im lokalizacja zmysłu smaku na… nogach. Motyl dosłownie zna smak podłoża, na którym stoi! Przy odrobinie wytrwałości zaobserwujemy jak z pozoru zwykłe pobieranie pokarmu może być interesującym zjawiskiem. Po wylądowaniu na roślinie motyle rozwijają ssawkę, którą następnie wprowadzają w głąb kwiatu wyszukując nektar. Sama zasada „jedzenia” ssawką jest podobna do picia napoju przez słomkę. W trakcie swoich biesiad wykonywana jest także pożyteczna praca polegająca na zapylaniu odwiedzanych roślin.

Kwiaty to także miejsce gdzie często dochodzi do motylich schadzek, czyli kojarzenia się samca z samicą. Skoro wiemy gdzie musimy się udać w celu prowadzenia naszych obserwacji pozostaje nam odpowiedzieć na pytanie, kiedy? Największą aktywność motyle wykazują od kwietnia do października podczas słonecznej pogody pomiędzy godzinami 10:00 – 16:00. Dzieje się tak, ponieważ należą do organizmów zmiennocieplnych i przed swoim lotem muszą się ogrzać. Delikatna budowa skrzydeł oraz niska masa ciała sprawia, że motyle zdecydowanie chętniej latają w bezwietrznych warunkach. Chociaż wśród tej grupy występują także wytrwali lotnicy jak np. niektóre Rusałki, które potrafią rozpędzić się do 45km/h.

Z takim kompletem informacji będziemy mogli rozpocząć swoje poszukiwania motyli. Każdy, kto choć raz zacznie podglądać te owady od razu zauważy ich kolorowe piękno. Swoje barwy zawdzięczają pigmentom znajdującym się w bardzo drobniutkich łuskach. Tak to nie błąd! W łuskach a nie w pyłku! Łuski są delikatnie przymocowane do skrzydeł i przy każdej próbie dotknięcia z łatwością odpadają. To sprawia, że pierwsze nasze skojarzenie jest właśnie z ulotnym pyłkiem. Dopiero pod mikroskopem można zauważyć ich prawdziwy kształt, w którego wnętrzu kryje się tajemnica motylich skrzydeł. Jednak to jeszcze nie koniec niespodzianek niektóre gatunki motyli jak np. Mieniak strużnik posiadają tzw. barwy strukturalne. Jak sama nazwa wskazuje barwa ta nie pochodzi od pigmentu, a od struktury skrzydła, który odbijając światło tworzy metaliczną poświatę. Zjawisko to możemy przyrównać do tworzenia się tęczy podczas deszczu lub wielobarwnej poświaty na płytach DVD. Uważni obserwatorzy dostrzegą oprócz ogólnego koloru skrzydeł różne nieregularne plamki, oczka, przepaski, linie i rysunki. Warto także zwrócić uwagę na kształt skrzydeł, które pomiędzy różnymi gatunkami bardzo się różni. Znajdziemy takie postrzępione, zaokrąglone, nieregularne, a także z długimi ogonkami. To właśnie takie elementy bardzo często potrafią nam zdradzić, z jakim gatunkiem się spotkaliśmy! Już najprostszy atlas motyli pozwoli nam rozpoznać, kto przesiaduje na kwiatach w naszym ulubionym parku.

Jak się okazuje, aby odkrywać motyle nie potrzebna jest bardzo specjalistyczna wiedza i nie potrzebne są egzotyczne wyprawy w odległe zakątki Amazonii. Wystarczy odrobina cierpliwości i trochę czasu podczas słonecznej pogody. Skoro wiecie już gdzie i kiedy szukać wystarczy wyjść z domu.

Drugie życie drzew, czyli kilka słów
o martwym drewnie

 

Człowiek od zarania swoich dziejów pozyskiwał drewno z lasu. Chociaż rola tego surowca na przestrzeni dziejów bardzo się zmieniła to jednak wciąż pełni bardzo ważną funkcję w naszej gospodarce. Intensyfikacja pozyskiwania drewna z lasów doprowadziła do sytuacji, w której brakuje drewna w lesie. Jak to jest możliwe, że w lesie pełnym drzew brakuje drewna?!

Mówiąc o tym, że w lesie brakuje drewna nie mamy na myśli rosnących drzew tylko tzw. martwe drewno. Z punktu widzenia biologii każde drewno jest martwe, więc termin ten nie oddaje istoty rzeczy. W lesie martwe drewno to, te elementy drzew, które obumarły i nie budują już rosnącego drzewa lub stanowią jego pozostałość takie jak: pniaki, powalone wykroty, wiatrołomy, ale także mniejsze patyki i gałęzie. Gdy napotykamy podczas leśnego spaceru zbutwiałą kłodę lub pozostawiony pniak po ścięciu drzewa zobaczymy jak bardzo przewrotna jest nazwa „martwe drewno”. Po bliższym przyjrzeniu okaże się, że takie miejsca to istne oazy życia.

Mieszkańcami tych miejsc są ogromne ilości różnych organizmów, od bakterii i grzybów, mszaków poprzez owady aż po ssaki i ptaki. Niektórzy z nich rozkładają drewno, inne żyją na jego powierzchni, a jeszcze inne chowają się w jego zakamarkach. Oszacowano, że około 30% organizmów występujących w lesie jest w pewien sposób powiązana z istnieniem martwego drewna.

Bardzo ciekawą grupą zamieszkującą martwe drewno są mikrostawonogi a wśród nich skoczogonki i roztocza. Są to bliscy krewni roztoczy spotkanych w naszych domach, niestety występujących m.in. w pościeli i często wywołujących różnego typu alergie. Warto nieco odczarować tę grupę organizmów, ponieważ w lasach wykonują bardzo pożyteczną pracę. W leżącej kłodzie martwego drewna gdzieś głęboko w lesie rozpoczyna się piękny spektakl pt. „Śpiąca królewna”. Okazuje się, że roztocza zjadają różne mikroorganizmy wraz z substratem pokarmowym. Większość ulega strawieniu, ale pewna drobna część przeżywa i niezwykle intensywnie zaczyna się namnażać korzystając z „roztoczowych” odchodów. W ten sposób zamierające kolonie bakterii mogą się odrodzić i obudzić do życia. Roztocza niczym książę z bajki całuje, czyli zjada królewnę bakterie i w ten sposób las żyje długo i szczęśliwie. Obliczenia pokazują, że w obecności mikrostawonogów rozkład materii organicznej przez mikroorganizmy przebiega nawet pięć razy szybciej niż bez nich.

To jak ogromną ilość tych organizmów spotkamy w martwej kłodzie ilustrują liczby. W jednej garści zwykłej ściółki leśnej można znaleźć 7000 mikrostawonogów zaś w martwym drewnie ponad dziesięciokrotnie więcej! W kłodzie świerka o długości 10m może występować od 46 milionów do… 400 milionów mikrostawonogów. Tymczasem na powierzchni gleby równej zajmowanej przez kłodę znajdziemy jedynie 1,26 milionów tych organizmów.Przedstawiony świat to jedynie jedna grupa organizmów. Gdy doliczymy jeszcze inne okazuje się, że bogactwo jednej kłody martwego drewna stanowi sam w sobie ogromny kipiący życiem mikrowszechświat. Warto, więc przekonać się jak bardzo żywe może być martwe drewno.

Centrum Edukacji Ekologicznej "Symbioza"
Aleja Żubrowa 15
30-232 Kraków

Zarząd Zieleni Miejskiej w Krakowie
ul. Za Torem 22
30-542 Kraków

Centrum Edukacji Ekologicznej "Symbioza" znajduje się na terenie Bielańsko - Tynieckiego Parku Krajobrazowego,

który należy do Małopolskiego Zespołu Parków Krajobrazowych.